"Wampiry wstawały z martwych, z grobów i z krypt, ale nigdy nie zdołały tego dokonać z kota."

Nie jest łatwe napisanie czegoś oryginalnego o twórczości Pratchetta. Wręcz jest to niemożliwe, bo wszystko zostało już napisane.

Tym razem Esme Weatherwax (zwana babcią), Gytha Ogg (zwana nianią) oraz Magrat Garlick (zwana... no, Magrat) wyruszają w daleką podróż. Swoimi miotłami (miotła babci pali tylko "na pych") lecą aż do Genoi, w której nieustannie toczy się Opowieść. Babcia, niania i Magrat (oraz Greebo, kot niani) odwiedzają po drodze wiele krain pozostawiając w nich po sobie niezatarte wspomnienia... A przy tym, oprócz swojej, uczestniczą w wielu innych opowieściach. Podróż przez wnętrze góry przypomina motyw z "Władcy Pierścieni", przyjęcie czarownic przez miejscowych w gospodzie pełnej czosnku jest niczym z "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego (albo z musicalu "Taniec Wampirów" - zabrakło tylko piosenki "Czosnek"). Pojawiają się także Śpiąca Królewna i Czerwony Kapturek.

Jest to opowieść o tym, czy można zmusić ludzi, aby czuli to, co powinni czuć oraz zachowywali się tak, jak powinni się zachowywać. I czy będą wtedy szczęśliwi. W typowo prachettowskim wydaniu. Warto przeczytać.

(cytat pochodzi z "Wyprawy czarownic" w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy)


Najnowszy Spacerownik to kolejna porcja historii miasta, zdjęć archiwalnych i tych bardziej współczesnych oraz legend. Pojawiają się nazwiska i notki biograficzne osób, które były związane z miastem i wpłynęły na jego rozwój.

Tym razem autorzy proponują 9 tras spacerowych. Cztery z nich to typowe dla serii - mapy z zaznaczonymi najważniejszymi / najbardziej interesującymi miejscami na trasie wycieczki oraz ich opisy w dalszej części rozdziału. Możemy wybrać się np. na spacer po przemysłowej części Łodzi. Pozostałych 5 tras prowadzi przez łódzkie parki - od parku na Zdrowiu, przez Ogród Botaniczny, las Łagiewnicki, Źródliska, aż po park Julianowski. Na początku każdego rozdziału umieszczono schematyczną mapkę, ale zamiast punktów wyznaczających trasę wycieczki zaznaczono występujące na danym terenie gatunki drzew. Dalej znajdziemy opisy parków, ich historię oraz rozmowy z ludźmi, którzy zajmują się tymi obszarami. Mnie najbardziej urzekła rozmowa z dyrektorem łódzkiego zoo o tym jak wygląda dobieranie w pary zwierząt z rzadkich lub zagrożonych wyginięciem gatunków.

W serii Spacerowników niezmiennie zachwyca mnie fakt, że autorzy podkreślają to, co w Łodzi piękne, ale nie robią tego bezkrytycznie. Niestety obnaża to również wieloletnie zaniedbania ze strony władz miasta, które pozwalają, aby potencjał zamieniał się w ruinę. Z mojej strony jedno zastrzeżenie - autorzy mogliby nie powoływać się na wikipedię. Nie robią tego często, ale i tak razi.

P.S. Ze Spacerownika dowiedziałam się, że: "Mózg dzięcioła dużego otacza pięć opon mózgowych. Dzięki temu ptak może wystukiwać dziobem dziury w konarach drzew.".


Pełne wdzięku oraz czarujących metafor i porównań opowiadania, które, pomimo nikłej objętości, wciągają, Wciągają jak rzeka.

Virginia Woolf opisuje ludzi. Opisuje ich myśli, gesty, słowa, a nade wszystko uczucia. Czasem pisze z perspektywy pierwszej osoby, czasem trzeciej. Część wydarzeń opisanych w kilku utworach dzieje się w jednym miejscu - salonie pani Dalloway. To samo przyjęcie obserwujemy z różnych perspektyw. Niektóre opowieści dotyczą zwierząt, wszystkie - charakterów.

Pisarka przenosi nas do wewnętrznego świata bohaterów w piękny sposób. Opowiadania nie są przesadnie długie, a ich zakończenia na ogół intrygują. Skłaniają do refleksji. W pewnym sensie odurzają. Niezwykłe.


Powieść stanowiąca klasykę literatury, napisana w drugiej połowie XIX w. Oparta na wydarzeniach, które miały miejsce w życiu autora. Nie jest to jednak autobiografia.

"Wspomnienia..." to jakoby znalezione po śmierci Aleksandra Pietrowicza Gorianczykowa zapiski opowiadające o jego katorżniczym, 10-letnim zesłaniu na Syberię. Trafił na katorgę za zamordowanie żony, ale o tym dowiadujemy się ze wstępu. Sam ani razu nie wspomina powodu swojego przybycia do więzienia. Zapiski pokazują jak wyglądało więzienne życie (a może jak Dostojewski chciałby, aby wyglądało) w czasach carskiej Rosji.

Na początku myślałam, że będzie to opowieść o ciężkim życiu podobnym do tego, jakie znamy z książek o sowieckich łagrach. Z opowieści wyłania się jednak inny obraz. Większa część opowieści dotyczy pierwszego roku Aleksandra Pietrowicza na katordze, który rzeczywiście był dla niego trudny, ale bardziej ze względu na doskwierającą samotność. Aleksander Pietrowicz należał do szlachty, a ta w więzieniu przyjmowana była chłodno. Podobnie więźniowie polityczni z Polski (akcja "Wspomnień..." obejmuje czas po Powstaniu Listopadowym) zaliczani byli do szlachty, nawet jeśli pochodzenie mieli chłopskie.

Tutaj można uczynić dygresję dotyczącą Polaków w powieściach Dostojewskiego. Ogólnie znanym faktem jest, że pisarz nie darzył sympatią naszych rodaków. Tak naprawdę nie wiadomo dlaczego, być może przyczyną był fakt, że... w jego żyłach płynęła polska krew (jego ojciec pochodził z Polski), ale on zawsze czuł się Rosjaninem.

Dostojewski we "Wspomnieniach..." dosyć dokładnie opisuje uwięzienie i pracę ze społecznego punkt widzenia. Zainteresowany jest stosunkami jakie panują między więźniami oraz postawami więźniów w ogóle. Przykładowo, bardzo często wraca do motywu pieniędzy, które więźniom dawały namiastkę wolności. Wydając je, choćby na wódkę (najczęściej), przez chwilę czuli się znowu panami swojego losu, realizowali swoją, a nie czyjąś, wolę. Udowadnia również, że więźniowie chętniej wykonują swoją katorżniczą pracę jeśli widzą jej sens lub jeśli mają ustalone normy. U Dostojewskiego ludzie uwięzieni są solidarni i uczciwi (sic!), po równo dzielą się jedzeniem, a jeśli jeden drugiemu coś ukradnie, nikt nie ma mu tego za złe.

Książka niełatwa, ale też nie przesadnie skomplikowana. Może nie dla wszystkich odpowiednia jako lektura do poduszki, ale na pewno warta tego, żeby się z nią zapoznać. W miarę chęci i możliwości, nie namawiam.


"Istnieją artyści, którzy potrafią wymalować cały sufit kaplicy; ten złodziej należał do takich, którzy potrafią go ukraść."

Bruce Dickinson śpiewał o siódmym synu siódmego syna. Pratchett poszedł dalej - ósmy syn ósmego syna ósmego syna jest czarodzicielem. To ktoś więcej niż zwykły mag, a czarodzicielstwo to znacznie więcej niż zwyczajna magia. Coś dziwnego zaczęło się dziać na Niewidocznym Uniwersytecie. Najpierw uciekły z niego szczury i pluskwy (z materacem), a zaraz za nimi Rincewind. Chyba nadchodzi Apokralipsa...

Bajeczne wykorzystanie języka do budowy fantastycznej opowieści o magu (to chyba zbyt wiele powiedziane) Rincewindzie, Bagażu na nóżkach, fryzjerce (może kiedyś) Conenie i, pretendującym do miana barbarzyńskiego herosa, Nijelu Niszczycielu. Jak zwykle u Pratchetta - mnóstwo tu żartobliwych opisów, które wywołują na twarzy uśmiech lub wręcz głośny śmiech.

Seria książek o Świecie Dysku jest klasą samą w sobie. Nie można jej nie znać.

(cytat pochodzi z "Czarodzicielstwa" w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy)

Żyjemy w czasach, w których wymyśla się pigułki na wszystko. Z jednej strony to zdumiewające i często napawa optymizmem, że coraz mniej procesów zachodzących w ludzkim organizmie jest zagadką. Z drugiej strony jednak, czy to, co ma nas leczyć nie stanie się jeszcze większą trucizną i przyczyną naszej zguby?

Robin Cook tym razem pyta w swojej książce jak daleko można się posunąć, jakie jest dopuszczalne ryzyko, w służbie ludzkości, która coraz częściej wspomaga się antydepresantami. Robi to w niezwykle zgrabny sposób łącząc historię "czarownic" z Salem z supernowoczesnym laboratorium, w którym trwają prace nad nowym lekiem mającym leczyć depresję. W jaki sposób można te dwie rzeczy połączyć?

Kimberley Stewart, potomkini Elizabeth Stewart - kobiety powieszonej w 1692 r. za pakt z nieczystymi siłami i czary, pod wpływem nowego partnera, dra biochemii, Edwarda Armstronga, zaczyna interesować się losem swojej antenatki. Przeszukuje rodową posiadłość, żeby znaleźć dokumenty, które wyjaśnią co naprawdę posłużyło w procesie o czary jako dowód winy oraz dlaczego Elizabeth nie pojawia się w historycznych opracowaniach. Edward natomiast wysuwa przypuszczenie, że przyczyną "opętań" był grzyb rozwijający się na ziarnach żyta wykorzystywanych do pieczenia chleba. Po znalezieniu przetrwalników rozpoczyna badania nad halucynogennością substancji w nich zawartej, a te prowadzą do kolejnych - nad jej właściwościami leczniczymi. Żeby przyspieszyć uzyskanie wyników Armstrong i jego zespół badawczy postanawiają przetestować działanie leku na sobie.

Thriller medyczny, który nie jest przesycony niezrozumiałą terminologią. Pojawiają się nazwy niewiele mówiące zwykłemu śmiertelnikowi, ale autor stara się je wytłumaczyć w miarę prosty sposób. Poza tym może nawet ciekawszy jest wątek poszukiwań prowadzonych przez Kim, ponieważ odwołania do tragedii kobiet z Salem wciąż budzą grozę. Tak samo jak współcześnie budzi grozę (we mnie) skala problemu jakim jest powszechność przyjmowania leków blokujących wychwyt zwrotny serotoniny (leki typu prozac) i jak może to wpłynąć na osobowość leczonego. "Dopuszczalne ryzyko" przejaskrawia możliwe skutki, żeby być jeszcze bardziej wstrząsającym thrillerem - przez co staje się jeszcze bardziej fantastyczny i nieprawdopodobny. Ale warto się nad tą sprawą zastanowić.

Twitter

Instagram

Jesienne suszenie żołędzi :) #autumn #fall #acorn

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo