Sam Vimes rewolucjonistą? Czemu nie. Czasem przychodzi moment, kiedy trzeba zawalczyć o... No, trzeba i już.

Rewolucje polegają na budowaniu barykad i wchodzeniu na nie (chyba że są to rewolucje typu przemysłowego - wtedy barykady nie są wymagane). Po jednej stronie są ci, którzy walczą z systemem, po drugiej stronie jest system. Czasem ci, którzy są po tej pierwszej stronie nie do końca wiedzą z czym i o co walczą, ale walczą, bo tak robią wszyscy wokół. To tak samo jak ktoś zaczyna biec, bo ktoś inny biegnie albo zaczyna krzyczeć, bo inny krzyczy. Bez sensu, ale jednak się dzieje.



W ubiegłą sobotę miałam kiepski humor. Nie chciało mi się czytać rozpraw Umberto Eco (ciekawe, ale wymagają sporo skupienia), więc postanowiłam poszukać czegoś lżejszego. Otworzyłam szafkę, w której mam książki „do przeczytania” (nie mam nałogu kupowania jak niektórzy), a tam Osiecka (felietony, pewnie spoko, ale uznałam, że to nie to), Bauman (Janina, żona Zygmunta), „Wichrowe Wzgórza”… W końcu mój wzrok padł na niepozorną, małą książeczkę dodaną jakiś czas temu do Bluszcza (RIP). Kalicińska. Przyznaję, miałam pewne opory. Zupełnie niesłusznie, jak się później okazało.



Doskonała lektura na szatańskie upały, które nawiedziły nasz kraj w ostatnim czasie. Zaiste. Nie wymaga długich dywagacji nad tym, co autor miał (lub nie) na myśli. Wystarczy usiąść wygodnie i można się odprężyć.

Teppic, potomek królów władających od tysięcy lat (dokładniej od siedmiu tysięcy) królestwem Djelibeybi, właśnie zdaje egzamin wieńczący jego edukację w jednej z gildii działających na terenie Ankh-Morpork. Za chwilę będzie mógł pochwalić się dyplomem skrytobójcy. To znaczy, jeśli przeżyje.



I znowu Zafón. Kiedyś bardzo przypadł mi do gustu „Cień wiatru” jego autorstwa, „Gra Anioła” już trochę mniej. A potem zaczęto wydawać jego powieści dla młodzieży, które napisał wcześniej. Przeczytałam wszystkie, bo chciałam się przekonać czy są tak dobre jak pierwsza książka jego autorstwa, którą miałam w rękach. „Światła września” to ostatnia pozycja z serii młodzieżowej (chociaż w Polsce nie były wydawane chronologicznie). Całe szczęście.



Oto bogowie: egipscy, greccy, chrześcijańscy (w kolejności chronologicznej nauczania w placówkach edukacyjnych). A oto ludzie: zwykli, z Białegostoku i Warszawy. Olga, Anka, Janek, Jezus, Nike, Ozyrys i inni. Rozejrzyjcie się, może w mieszkaniu obok też mieszka jakiś bóg.

Bardzo spodobała mi się wizja Ignacego Karpowicza, w której bogowie są tylko trochę mniej ludzcy od ludzi. Ale to pewnie kwestia kontekstu, w którym przyszło im przebywać. W innym kontekście mogliby na przykład być bardziej ludzcy od nas. Bogowie, tak jak ludzie, mają rozterki, kochają i nienawidzą. Knują (no, to akurat było bardzo powszechne w greckiej mitologii). Ale też zarabiają grubą kasę – jak Nike (wiecie, ta od butów sportowych). Właściwie jedyne czym się różnimy to nieśmiertelność, a i to do czasu.


Twitter

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo