Timothy Carrier, murarz. Linda Paquette, pisarka. Pete Santo, detektyw wydziału zabójstw. Richard Lee Kravet, człowiek wielu nazwisk, morderca. Łatwo wplątać się w coś podejrzanego, a czasem, jeśli ktoś znajdzie się na właściwym miejscu w niewłaściwym czasie, może się w coś wplątać całkiem przypadkiem.

Jak Tim, który w spokojnej tawernie został wzięty za płatnego zabójcę i otrzymał zaliczkę za zamordowania młodej pisarki. Kiedy w lokalu zjawił się prawdziwy morderca Tim postanowił odwołać zlecenie, ale ktoś, kto uważa siebie za księcia ludzkości przybyłego z drugiej strony lustra, łatwo nie odpuszcza. Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Tim wspomagany przez starego kumpla, Pete'a, stara się ochronić Lindę.

To, co jest dobre w tej książce, to szybko rozwijająca się akcja. Całość fabuły zamyka się w jednej dobie, a ja nie zauważyłam kiedy przeczytałam połowę. Poza tym dialogi prowadzone są krótkimi zdaniami, bohaterowie nie rozmawiają o bzdurach, a ich wypowiedzi nawet czasem wywołują uśmiech.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie...zakończenie. Nie będę go zdradzać, powiem tylko, że rozwiązanie zagadki morderstwa na zlecenie było słabe. Przyjemnie zbudowane napięcie w trakcie i rozczarowanie na koniec.

"Zamiast żyć w sercach i umysłach moich bliźnich, wolałbym żyć dalej w swoim mieszkaniu." (Woody Allen)

Zapis rozmów jakie Eric Lax przeprowadził z Allenem w latach 1971 - 2007. Od "Bananowego czubka" (choć wracają też do "Bierz forsę i w nogi" - 1969) do "Snu Kasandry". Rozmowy dotyczyły różnych aspektów pracy nad kolejnymi filmami, nigdy życia prywatnego reżysera - chyba, że istniał wyraźny związek między tą sferą, a pracą (Allen związany był z Diane Keaton, a także z Mia Farrow - obie wystąpiły w wielu jego filmach).

Z tego specyficznego wywiadu-rzeki można dowiedzieć się co nieco na temat powstawania pomysłu i pisania scenariusza, wybierania obsady, samego kręcenia filmu, reżyserowania, montażu i muzyki. Ostatni rozdział dotyczy kariery Allena i dialog prawie w całości prowadzony był w 2006 r., 37 lat od jego reżyserskiego debiutu.

Każdy rozdział zaczyna się na początku lat 70., przeważnie w okresie, w którym kręcony był "Śpioch", a kończy w 2006 lub 2007. Rozmowy prowadzone w różnych etapach twórczości Allena pokazują na ile (i czy w ogóle) reżyser (aktor i scenarzysta) się zmienia, czy zmienia się jego podejście do tego, co już nakręcił. Poszczególne rozdziały stanowią autonomiczną całość i można je czytać wybiórczo.

Woody Allen, którego mistrzami w dziedzinie komedii są Charlie Chaplin i Bob Hope, a jeśli chodzi o dramat - Ingmar Bergman, nakręcił do tej pory około 40 filmów. Jedne dobre, inne lepsze, pewnie kilka takich sobie (zależy od gustu). Budżet produkcji nie przekracza 17 mln dolarów, a aktorzy dostają stosunkowo niskie gaże. Nikt specjalnie nie kwapi się do tego, żeby naśladować jego styl, jego kino określane bywa mianem "autorskiego". Co takiego w nim jest, że wciąż chce się go oglądać?

Książka niezwykle ciekawa szczególnie dla wielbicieli talentu Allena. To człowiek, który nie jest przesadnie skromny, ale ma dystans do otaczającego go świata. To, co mi przeszkadzało, to średniej jakości pytania Laxa. Reszta bardzo przyjemna.

Hańba - J. M. Coetzee

sobota, 6 marca 2010


Czy można żyć z piętnem hańby? Jak wygląda takie życie? Czy w człowieku coś się zmienia? Czy jest różnica między hańbą, którą sami na siebie sprowadziliśmy, a tą, której nie jesteśmy winni, a jednak się pojawiła?

David Lurie to wykładowca Politechniki Kapsztadzkiej (Wydział Komunikacji Społecznej). Taki sobie wykładowca. Nie potrafi zainteresować studentów swoimi wykładami dotyczącymi poezji. Ma 52 lata, córkę mieszkającą w zupełnie innym rejonie RPA i dwa nieudane małżeństwa za sobą. Kobiecego ciepła szuka w ramionach prostytutek. Oraz w ramionach swojej studentki. A to nieuchronnie prowadzi do hańby.

Opowieść ma świetny rytm, nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, a narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym. Coetzee porusza nie tylko problem molestowania na uczelni, ale także to, co pozostało po segregacji rasowej, polityce apartheidu w RPA. Są miejsca, w których biali nie powinni czuć się bezpiecznie i czarni w każdej chwili mogą im o tym przypomnieć.

Coetzee tak naprawdę nic nie wyjaśnia. Pozostawia symboliczne zakończenie, które każdy może interpretować jak zechce.

Już tytuł nie zapowiadał niczego dobrego, a dalej było tylko gorzej (w oryginale było to "The mermaid chair" - czy to brzmi lepiej?). Po nazwisku autorki powinnam się zorientować, że będzie pisać o mnichach.

Melodramatycznie, ale w jednym z najgorszych znaczeń. Tandetnie. Kiczowato. I do bólu banalnie. Potoczyste, kwieciste opisy. Dużo zbędnych słów. A pomysł iście harlequinowy - od powieści tej serii wydawniczej "Opactwo..." różni się jedynie lepszej jakości papierem i ładniejszą okładką.

Jessie. Żona mężowi i matka córce, a do tego artystka. Wiele lat temu uciekła z rodzinnej Egret Island, wyszła za mąż za psychiatrę i przez całe życie próbowała uciec przed przeszłością, w której jej ojciec zginął w wybuchu łodzi. Teraz musi wrócić na wyspę, żeby zaopiekować się matką, kucharką w klasztornej kuchni benedyktynów, która tasakiem obcięła sobie palec. Jessie, mimo oporów, które wzbudza w niej przymus powrotu do domu, w którym się wychowała, opuszcza męża z ulgą, ponieważ zaczęła dusić się w rodzinnej atmosferze. Na wyspie poznaje byłego prawnika, który jest tuż przed złożeniem ostatecznych ślubów klasztornych. Kto mógł się spodziewać, że Jessie zakocha się i zdradzi męża! Banał.

Męcząca była lektura tej książki. Najciekawsze były momenty, w których bohaterowie próbowali dociec dlaczego matka Jessie obcięła sobie palec. Miało to w sobie jakąś tajemnicę i było całkiem interesujące. Cała reszta była kiepska.

Leonardo da Vinci wielkim uczonym i artystą był. Większość z nas prawdopodobnie chciałaby choć w niewielkim stopniu być tak genialnymi jak on. Michael J. Gelb w swojej książce próbuje pokazać jak stać się "współczesnym człowiekiem renesansu".

Autor podzielił książkę na trzy części. Pierwsza to swego rodzaju wprowadzenie wyjaśniające jak sprawny jest ludzki mózg oraz przybliżające pokrótce życie Leonarda da Vinci. Druga część to siedem zasad, które mają doprowadzić nas do genialności, a ostatnia część zawiera krótki kurs rysunku.

Najważniejsza, oczywiście, jest część druga. Autor wyjaśnia co oznaczają i czego dotyczą poszczególne zasady, którymi ponoć kierował się sam Leonardo, a potem opisuje zalecane ćwiczenia, które mają pomóc w osiągnięciu celu jakim jest stosowanie wspomnianych w codziennym życiu. Nie wiem na ile (i czy w ogóle) to wszystko działa, ponieważ na początku zostało zaznaczone, żeby najpierw przeczytać całość, a dopiero potem wziąć się za część praktyczną. Wśród zaproponowanych ćwiczeń niewątpliwie znajdują się takie, które rzeczywiście mogą być przydatne (jak np. mapowanie myśli), ale są też takie, które wymagają nieodzywania się przez cały dzień.

"Myśleć jak Leonardo da Vinci" jest kolejnym dowodem na to, że amerykańskie książki dotyczące psychologii oraz pochodzące z jej pogranicza są przyjemne w odbiorze i dobrze się je czyta. Czytając tę miałam wręcz wrażenie, że autor namawia mnie do wstąpienia do sekty, w której Leonardo da Vinci (zwany Maestrem) jest bogiem... Ale jeśli przymknie się na to oko, to prawdopodobnie można nawet coś pożytecznego z tej książki wynieść.

Kolejna opowieść osadzona w universum Dysku jest dowodem na to jak zręcznie można wykorzystać inspirację płynącą z klasycznych dzieł wielkich twórców minionych epok. W tym przypadku wielkim twórcą okazał się William Shakespeare.

Już tytuł przywodzi na myśl wspaniałą tragedię jaką jest "Makbet". I tak naprawdę to on stanowi kanwę. Bo oto mamy morderstwo króla, rządy złego lorda i jego żony, próby zmycia krwi z dłoni (niezbyt zresztą udane - może dlatego, że mycie ich drucianą szczotką powoduje pojawienie się większej ilości krwi), szaleństwo, a nawet żyjący las. Mamy też trzy wiedźmy, które trochę mieszają w przeznaczeniu. Przy okazji - czyż sztuka wędrownego teatru demaskująca ostatecznie zabójcę nie kojarzy się z "Hamletem"? "Trzy wiedźmy" nawiązują także do kilku innych najbardziej znanych dramatów Shakespeare'a, a jedna ze sztuk napisanych przez krasnoluda Hwela łudząco przypomina "Upiora w Operze" Gastona Leroux.

Oprócz nawiązań do dzieł Mistrza znaleźć można pewne elementy zbieżne z faktami z jego życia. Czy ktoś pamięta myśl: "Świat jest teatrem, aktorami ludzie"? Hwel napisał: "Cały Dysk Teatrem jest jedynie (...). A mężczyźni wszyscy i kobiety to zaledwie aktorzy". Natomiast budowany przez wędrowną trupę teatr Disk przypomina The Globe - teatr elżbietański, z którym związany był Shakespeare.

Tym razem Pratchett zabiera nas nie do Ankh-Morpork (choć to miasto też się pojawia), a do Lancre leżącego nieopodal gór o melodyjnej nazwie Ramtopy. Świetna zabawa - szczególnie jeśli choć trochę zna się wspomniane (te niewspomniane też) sztuki. Jeśli się nie zna - trzeba to nadrobić. A do tego czasu można cieszyć się fantastyczną fabułą, świetnie nakreślonymi sylwetkami czarownic i, jak zawsze, rewelacyjnym wykorzystaniem słowa, dzięki czemu żaden opis nie jest nudny.

(cytat Shakespeare'a pochodzi ze sztuki "Jak wam się podoba", cytat Hwela pochodzi z "Trzech wiedźm" w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy)

Czy można popełnić zbrodnię i nie mieć potem wyrzutów sumienia? Dopóki jest tylko żądza, która prowadzi do mordu, można jeszcze zawrócić. Kiedy zabójstwo stanie się faktem - nic już nie może pomóc. Tak jak jedno kłamstwo ciągnie za sobą kolejne, tak jedna zbrodnia może być początkiem kolejnych, "gdyż krew krwi pragnie", ale ich konsekwencje są nieporównywalne z konsekwencjami kłamstwa. Makbet mówi do żony:

"(...) we krwi tak głęboko tonę,
Że już nie mogę cofnąć się ni zboczyć,
Iść wstecz nie mogąc, muszę naprzód kroczyć".

Przy ogromie swoich zbrodni można postradać zmysły - jak lady Makbet zmywająca ze swoich dłoni wyimaginowane plamy krwi. Można też powoli utracić człowieczeństwo - jak Makbet, który w obliczu śmierci żony mówi: "Powinna była umrzeć później".

Historia Makbeta jest w pewnym stopniu oparta na prawdziwych wydarzeniach, ale w rzeczywistości nie był on takim tyranem jak w dramacie Shakespeare'a. Panował w Szkocji w połowie XI w., a ówczesne kroniki donoszą, że on i jego żona byli uczciwymi i sprawiedliwymi ludźmi. Prawdziwy Duncan natomiast nie był w tym czasie starcem, lecz młodym człowiekiem, któremu wcale nie należała się korona Szkocji bezprawnie zagarnięta przez jego dziadka.

Dzieło Shakespeare'a nie jest jednak kroniką, opiera się na XVI-wiecznych przekazach Raphaela Holinsheda, które historię mieszają z legendą. Jest to doskonały dramat - psychologiczny. Jeśli ktoś go jeszcze nie czytał (wstyd! toż to lektura!) powinien to jak najszybciej nadrobić!

(cytaty pochodzą z "Makbeta" w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego)

Twitter

Instagram

Wyświetl ten post na Instagramie.

Co tu się...? #mrok #gusła #dziady

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo