Po moim ostatnim hejterstwie wracam do korzeni. Czyli czas na kolejną opinię o kolejnej przeczytanej książce.

Scarborough, lipiec 2008, w parku dochodzi do morderstwa młodej dziewczyny. Ta sama okolica, październik tego samego roku, za miastem w tajemniczych okolicznościach ginie starsza kobieta. Czy te dwie zbrodnie coś ze sobą łączy? Z pewnością komisarz Valerie Almond będzie próbowała to sprawdzić, bo bardzo zależy jej na rozwiązaniu zagadek. Jeżeli jej się nie uda, śledztwo przejmie "góra". Również wnuczka zamordowanej starszej pani chce się dowiedzieć co się właściwie stało. A gdzieś w tle majaczy drugie dziecko.



Kadr z filmu "Fahrenheit 451" (reż. François Truffaut)

Do niedawna żyłam sobie w przekonaniu, że blogerzy książkowi i ich blogosfera to taka totalna nisza, do której nikt nie zagląda oprócz nich samych - tak wynikało również z moich badań przeprowadzonych do pracy magisterskiej w zeszłym roku. Choć odbiorcy blogów (wszystkich) dzielą się między innymi na aktywnych i pasywnych, czyli takich, którzy zostawiają komentarze i ich nie zostawiają, to nie mając dostępu do statystyk, nie mogłam sprawdzić jak dużo tych drugich przewija się przez blogi.


Eryk - Terry Pratchett

czwartek, 9 maja 2013


Lektura na jeden wieczór (lub dzień). Na początku długiego weekendu majowego pomyślałam, że mam ochotę przeczytać coś Pratchetta, bo dawno do niczego jego autorstwa nie sięgałam. Podeszłam do stosu książek, które czekają na nowy regał (już niedługo!), wybrałam Eryka i zaczęłam czytać. Skończyłam zanim zrobiło się ciemno. W międzyczasie zrobiłam obiad i w Internecie poczytałam trochę na temat Fausta oraz Boskiej Komedii.



Szukaliście kiedyś swoich korzeni? Próbowaliście stworzyć drzewo genealogiczne swojej rodziny dalej niż do pokolenia pradziadków? A może nie musicie tego robić, bo pochodzicie ze szlacheckiego rodu, który od wieków przechowuje informacje o swych protoplastach?



Można się z Cejrowskim nie zgadzać w kwestiach światopoglądowych, można go nie lubić, można go nie oglądać w telewizji, ale nie można mu odmówić umiejętności opowiadania. A właściwie snucia Opowieści. I nie każe nam przy tym leżeć krzyżem w dżungli.

Nie mówi też, że w dżungli jest lepiej niż w cywilizacji, ani że tamtejsze jedzenie jest znacznie lepsze od naszego, bo zdrowsze. Indianie nie używają soli, bo jej nie mają w równikowym klimacie puszczy amazońskiej, a poza tym dla nich ważne jest, żeby mieć pełny brzuch, a nie żeby jedzenie było smaczne (och, ileż to razy słyszałam w niedzielę rano w radiu, że w Ameryce Południowej nie znajdziecie na stołach soli ani pieprzu, a tylko jakąś tam inną przyprawę - wybaczcie, ale nie pamiętam teraz jaką, pewnie jakąś wyprodukowaną z manioku - i jakie to jest fantastyczne...).


Przeczytałam dawno temu pewien tekst. Recenzję właściwie. I wątpliwości, które od jakiegoś czasu gdzieś tam kłębiły mi się w głowie, nabrały kształtu. No bo właśnie - kiedy czytam książkę, która w oryginale została napisana w innym języku niż polski, to skąd mogę mieć pewność, że to jest ten sam tekst? Na dobrą sprawę czytam opowieść stworzoną wspólnie przez autora i tłumacza. Wiadomo, sposobem na czytanie tego co napisał pisarz, a nie tłumacz, jest sięganie po książki w oryginale. Tylko że jeśli miałabym czytać po angielsku, to schodziłoby mi się 3 razy dłużej niż teraz - i prawdopodobnie mniej zostawałoby mi w głowie. Innych języków nie znam (ale pracuję nad tym!), więc siłą rzeczy ominęłaby mnie literatura pisana po hiszpańsku, francusku, czy też w suahili. Zatem jestem skazana na przekłady. Muszę mieć tylko nadzieję, że robią to ludzie, którzy mają wyczucie i jednak starają się oddać ducha oryginału, a nie tylko swojego.

Odkrywanie polskich pisarzy jest fascynujące. Stykając się z polską prozą widzę jak barwny jest nasz ojczysty język i jak świetnie można go wykorzystywać w opowiadaniu historii. Tłumaczenia obcojęzycznych książek chyba nie zawsze oddają ducha opowieści. Może jest to też kwestia pozycji, które wybieram do czytania - w przypadku polskiej literatury staram się (podkreślam: staram się) czytać to, co wydaje mi się mieć jakąś większą wartość (często: bo zostało w jakiś sposób wyróżnione) (sorry, ale Michalak skutecznie zniechęciła mnie do czytania polskich książek „jak leci”). To trochę jak z kinem - szkoda mi czasu i pieniędzy, żeby iść na jakiś marny polski film (wiem, wiem, ostatnio podobno jest lepiej), wolę iść na amerykańską superprodukcję, która może nie jest bardzo ambitna, ale przynajmniej zapewnia rozrywkę.*


Twitter

Instagram

Wyświetl ten post na Instagramie.

Co tu się...? #mrok #gusła #dziady

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo