Łódzka Coma w łódzkiej Dekompresji (20.05.2012)

wtorek, 22 maja 2012


Początkowo koncert miał się odbyć 31 marca, ale Roguc (dla mniej zorientowanych: Piotr Rogucki - wokalista Comy) doznał poważnej kontuzji ręki i imprezę przeniesiono na 20 maja. I dobrze, chociaż szkoda, że na niedzielę.

Mieliśmy pewne obiekcje czy iść na ten koncert. Zapowiadany był jako przekrój twórczości zespołu, a my mieliśmy dobrze osłuchany tylko ostatni album. No i ja słuchałam pierwszego w czasach kiedy wyszedł. Zaczynałam wtedy liceum i słuchałam sporo rzeczy, które nie wpisywały się w popowy mainstream. Tutaj dodatkowo obawiałam się, że będziemy się wyróżniać wiekiem. W sensie, że średnia będzie bliżej liceum. Ale w tej kwestii akurat się myliłam ;)

Do klubu jechaliśmy tramwajem i nie do końca byliśmy pewni, na którym przystanku wysiąść. Szybko okazało się, że na tym, na którym wysiadała większość pasażerów, o czym świadczyły - wspominana już - średnia wieku oraz koszulki z nadrukowanymi okładkami płyt Comy.

Dekompresja. Klub przy ul. Limanowskiego 200 w Łodzi. Z zewnątrz - jakby PRL. W środku - nie różni się specjalnie od innych klubów, w których zdarzyło mi się bywać. Ale zanim środek - jeszcze kolejka do wejścia, w którym panowie bez szyi sprawdzali bilety. Swoją drogą - było to bardzo brutalne dla biletu, bo pan obrywał prawie połowę, ale nie miałam czasu zaprotestować.

Niby jest maj, niby ciepło, ale koncert zaczynał się o 20:00, więc przewidując, że skończy się ok. 23:00 wzięliśmy ze sobą kurtki. A szatnia płatna - 2 zł od sztuki odzieży (ciekawe czy płaci się za każdą rękawiczkę oddzielnie). Moja kurtka jest pozbawiona wieszaczka, więc wepchnęliśmy ją do rękawa kurtki q, ale nie uniknęliśmy zapłacenia 4 zł. Panowie nie mieli wydać ze 100 zł, zatem potruchtaliśmy do baru w celu rozmienienia banknotu. No a jak do baru, to po piwie. Pełnoletni jesteśmy, wolno nam. W takich miejscach browar przeważnie sprawia wrażenie pół na pół rozcieńczonego z wodą (myślę, że to nie tylko wrażenie; w moim prywatnym rankingu rozcieńczeń wygrywa piwo na Juwenaliach), ale tutaj nawet nie było tak źle (jak na takie miejsce oczywiście). Kupiliśmy trunek, uregulowaliśmy należność w szatni, a że zbliżała się 20:00 - pomknęliśmy na salę (?) koncertową.

Tam przywitał nas tłum ludzi (w naprawdę różnym wieku), nieznośna duchota i support. Jeśli dobrze zapamiętałam, zespół nazywał się Whispering i w brzmieniu trochę przypominał Korna. Ludzie się za bardzo nie ruszali (choć muzyka była odpowiednia do uskuteczniania pogo), ale przyjęli kapelę całkiem dobrze i żegnali ją gromkimi brawami. Tak gromkimi, że nawet wyszli na bis. Nie powiem, żeby mnie Whispering jakoś specjalnie porwali, trochę mnie nudzili szczerze mówiąc, ale całkiem źli nie byli.

Po ich zejściu ze sceny nastąpiła przerwa techniczna i punktualnie o 21:02 (albo 21:03) na estradzie pojawili się muzycy Comy. Przywitani ogłuszającą owacją rozpoczęli swój występ.


Setlista:

1. Ekhart
2. Białe krowy
3. Trujące rośliny
4. Na pół
5. Pierwsze wyjście z mroku
6. Angela
7. Zero osiem wojna
8. Tonacja
9. Deszczowa piosenka
10. Cisza i ogień
11. Transfuzja
12. System
13. Święta
14. La mala educacion
15. Skaczemy
16. Rudy
17. Spadam
18. 100 tysięcy jednakowych miast

Bis:
19. Los cebula i krokodyle łzy
20. Woda leży pod powierzchnią
21. Jutro

Całkiem porządny set, ponad 2 godziny muzyki. I niby setlista miała być przekrojowa przez twórczość, a aż 6 kawałków pochodziło z najnowszej płyty. Co oczywiście wcale mi nie przeszkadzało. No i nie ma to jak śpiewanie z łódzką kapelą i Łodzianami "dokąd płynie miasto moich snów? dokąd płynie niekochana Łódź?". Z obowiązkową flagą miasta w rękach Roguca. To była energia. I żywy przykład lokalnego patriotyzmu - tak potrzebnego temu miastu.

Poznałam też pewien zwyczaj koncertowy. Gdybyście mieli kiedyś okazję być na koncercie Comy to pamiętajcie - kiedy zaczynają grać "100 tysięcy jednakowych miast" siadajcie tam gdzie stoicie. A potem wstańcie z innymi. To trochę jak w filharmonii - jeśli nie wie się kiedy bić brawo, to podpatruje się kiedy robią to inni. Na bis były jeszcze 3 kawałki z nowego albumu (więc w sumie 9). W tym oczywiście ten, na który czekałam, żeby usłyszeć go na żywo - "Los cebula i krokodyle łzy". Q twierdzi, że gitarzyście coś nie poszło na początku utworu, ale ja nie zauważyłam i uważam, że było spoko.

W ogóle cały koncert był spoko. Roguc był niesamowity w swoich wygibasach na scenie, widać było, że daje z siebie wszystko. Co prawda ja nie wczułam się tak, jak mi się to zdarzało, ale możliwe, że to niekompletna znajomość setlisty, straszliwy upał w sali i spory ścisk mi to uniemożliwiły. W niektórych utworach kiepsko było słychać tekst, ale nie wiem czy to wina nagłośnienia, czy samego wokalisty :P A z rzeczy, które mi się podobały (oprócz ogólnego wrażenia) to głównie to, że panowie zagrali te 3 utwory na bis, ukłonili się i nikt już nie tupał i nie gwizdał w nadziei, że wyjdą raz jeszcze albo nie wyjdą. Po ukłonie uczestnicy koncertu grzecznie skierowali się do wyjść (naprawdę grzecznie).


I to już właściwie koniec. Jeszcze tylko odebranie kurtek z szatni (a szatniarze nie wykazywali się skillem jeśli chodzi o szybkość wydawania odzieży), telefon po taksówkę i powrót do domu.

Jestem zadowolona, że jednak zdecydowaliśmy się pójść na ten koncert. Była fajna atmosfera, no i muzyka na żywo, która (prawie) zawsze jest lepsza od tej na kompakcie (czy komputerze).
Share /

2 komentarze

  1. Witam,

    także byłam na tym koncercie. Stałam przy samej barierce i wypociłam chyba całą energię, bo wróciłam ledwo żywa ale emocje pozostały we mnie do dziś.

    Pozdrawiam.
    Kolmanka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to Coma chyba może stwierdzić, że odniosła tym koncertem sukces ;)

      Usuń

Twitter

Instagram

Jesienne suszenie żołędzi :) #autumn #fall #acorn

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo