Zawsze kiedy biorę do rąk książkę Agathy Christie czuję się jakbym wróciła do domu po długiej nieobecności. Nie inaczej było tym razem.

Panna Marple wypoczywa na Karaibach zwanych również Indiami Zachodnimi. Dni upływają jej na wygrzewaniu zbolałych stawów w słońcu, robieniu na drutach oraz rozmowach ze współmieszkańcami hotelu. Od jednej z takich rozmów zaczyna się książka - major Palgrave opowiada staruszce różne historie, w tym jedną o mordercy. Już ma pokazać rozmówczyni zdjęcie rzekomego winnego kiedy zauważa coś ponad jej ramieniem i pospiesznie chowa fotografię do portfela. Domyślacie się już zapewne, że niedługo potem major zostaje odnaleziony martwy. Ale to nie ostatnie morderstwo na wyspie. Panna Marple zaczyna analizować sytuację.

Wiadomo, starsza pani to nie Herkules Poirot, ale tak naprawdę niewiele mu ustępuje. Świetnie łączy ze sobą fakty i wyciąga wnioski, a przy tym nie ma bzika na punkcie symetrii. W jej przypadku doskonale sprawdza się powiedzenie, że pozory mylą. Ludzie patrząc na nią widzą miłą, starszą panią, nie widzą gonitwy jej myśli.

Cóż można powiedzieć o "Karaibskiej tajemnicy"? Kolejna świetnie skonstruowana intryga, logiczna i w żaden sposób nie "udziwniona". Poza tym książki Christie bardzo dobrze pokazują klasowość społeczeństwa angielskiego, która niezmienne mnie bawi, ale to już kwestia kultury, w której zostało się wychowanym.

Niech ostateczną rekomendacją będzie to, że czytałam tę książkę już drugi raz (ale w sporym odstępie) i to zamiast uczyć się do sesji. Po prostu tradycyjnie dobra Agatha Christie.


Mefistofeles to, według wierzeń, jeden z książąt piekła, a do tradycji literackiej trafił chyba za sprawą Goethego i jego Fausta.

Klub Mefista natomiast zajmuje się tropieniem zła. Niekoniecznie walką z nim, bo do Klubu należą raczej naukowcy, ale są oni w stanie pomóc policji w odnajdywaniu demonów - jeśli tylko organy ścigania wyjawią taką potrzebę. Nie wtedy jednak, kiedy w zespole znajduje się twardo stąpająca po ziemi, racjonalna detektyw Jane Rizzoli. Ona jest przekonana, że zbrodni dokonują źli ludzie.

W Wigilię Bożego Narodzenia zostaje zamordowana młoda kobieta. Jej ciało nie jest w pełni kompletne, a na ścianach morderca zostawił krwawe świadectwa swej działalności. Niedługo później znaleziona zostaje kolejna ofiara. Detektyw Rizzoli wraz ze swymi współpracownikami rozpoczyna poszukiwania, do których dołączają się członkowie Klubu Mefista. Próbują dosięgnąć mordercę zostawiającego na miejscu zbrodni satanistyczne symbole zanim on dosięgnie następnego grzesznika. A w tle doświadczamy romansu doktor Maury Isles przeprowadzającej sekcje zabitych oraz problemów rodzinnych pani detektyw.

Książka nie jest specjalnie straszna, trochę trzyma w napięciu. Rozwiązanie nie jest też specjalnie spektakularne, ale to akurat zaleta. Wątki poboczne wydają się być wepchnięte do fabuły nieco na siłę, z drugiej jednak strony nie ma ich aż tak dużo i nie pojawiają się często, więc raczej to nie razi.

Słowem podsumowania, Klub Mefista nie jest złą książką, jest książką nawet trochę powyżej średniej. Nie angażuje mocno, więc spokojnie można czytać w tramwaju lub autobusie.

Cichy Zabójca - Beverly Barton

niedziela, 2 stycznia 2011


Pani Barton ma szczęście, że jednak mnie zaskoczyła swoim wyborem mordercy. Już myślałam, że zacznę rok naprawdę złą książką. Okazało się, że to tylko słaba książka.

Cathy Cantrell jest świadkiem śmierci swojego męża, pastora. Wyjątkowo przerażającej śmierci, bo Mark został oblany benzyną i podpalony. Kobieta przez ponad rok po tym wydarzeniu próbuje otrząsnąć się z szoku pod okiem specjalistów, a po tym czasie wraca do swego rodzinnego miasta, aby rozpocząć nowe życie. Do Dunmore w Alabamie wraca również, po 17-letniej nieobecności, Jack Perdue, który też stara się obłaskawić swoje demony. Natomiast Cichy Zabójca nie śpi. Uderza coraz częściej, a jego (jej?) ofiarami wciąż są duchowni różnych wyznań. Na miejscu zbrodni nie pozostawia żadnych śladów, ale każdy zbrodniarz w końcu się ujawnia.

O tym mniej więcej jest ta książka. Aha, zapomniałabym, jest także o miłości i seksie. I to są jej najgorsze fragmenty. Szczerze mówiąc opisy aktów miłosnych wywoływały we mnie szczere rozbawienie, a kiedy czytałam je mojemu Chłopakowi analizowaliśmy możliwość ich wykonania tak długo aż pozostawała po nich tylko plama. Mokra plama. Generalnie seks był zbyt teatralny i o ile w Harlequinach oczekujemy tego typu opisów i tam są jak najbardziej na miejscu, o tyle tutaj... No cóż. Ja w ogóle nie jestem zwolenniczką tego typu rozwiązań w thrillerach. Więc być może nie jestem też dobrym sędzią, a te sceny opisane są świetnie. Mnie się po prostu nie podobały.

Podsumowując, Beverly Barton dała nam niezły kawałek zagadki zepchnięty na drugi plan i, jak dla mnie, spartaczony plan pierwszy, na który wysuwa się prywatne życie Cathy. "Cichy Zabójca" jest średnią książką.

Twitter

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo