"Mężczyzna w brązowym garniturze" to jedna z najwcześniejszych powieści Agathy Christie, wydana w 1924 r. Nie występują tutaj ani Herkules Poirot (choć występuje jego przyjaciel, pułkownik Race), ani panna Marple - główną bohaterką jest młoda poszukiwaczka przygód.

Właściwie to Anna Beddingfeld stała się poszukiwaczką przygód trochę z wyboru, a trochę z przypadku. Okazję stworzyła niespodziewana śmierć jej papy. Nie żeby dziewczyna cieszyła się z tego wydarzenia, ale nagle zniknęły więzy, które wstrzymywały ją przed wyruszeniem w podróż z ponurej Anglii dokądkolwiek. A w życiu jest tak, że jak się szuka przygód, to się je znajduje (co za wielowiekowa mądrość!). Annie przytrafiło się to na stacji metra, gdzie była świadkiem śmiertelnego wypadku. Niby wypadek, ale niedługo później mężczyzna w brązowym garniturze, który również był wtedy w metrze, był widziany w pobliżu miejsca morderstwa znanej (choć nie wszędzie) aktorki. Dziewczynie nie pozostaje nic innego jak pokierować się mętnymi informacjami ze znalezionej przy zmarłym w podziemnej kolei kartki i wyruszyć statkiem do Kapsztadu, aby szukać rozwiązania zagadki mężczyzny w brązowym garniturze.

Niezwykle lekka książka pełna humoru. Jak zwykle przyjemna fabuła, w której kolejne wydarzenia są jak kawałki układanki. Nie ma natomiast metodycznego zbierania kolejnych informacji jak to bywa w przypadku książek z Herkulesem. Tutaj po prostu wszystko się toczy. Wielokrotnie już pisałam, że trudno jest mi wymyślać kolejne zdania zachwytu nad książką jeśli przeczytałam już wiele pozycji tego samego autora czy autorki. Myślę, że ci, którzy lubią Agathę Christie polubią też jej "Mężczyznę w brązowym garniturze".

Dodam jeszcze, bez żadnego związku z fabułą, że wydania kieszonkowe książek (tak jak te wydania Christie z Wydawnictwa Dolnośląskiego) są świetne dla kręgosłupa i bardzo wygodne do trzymania podczas podróży. Wiem, truizm ;)

Rok 1984 - George Orwell

poniedziałek, 24 października 2011

Mam wrażenie, że przy tej książce powinnam napisać jedynie: "W końcu przeczytałam", bo przecież "Rok 1984" to legenda. Prawdopodobnie mało jest osób, które o niej nie słyszały (choć ja ostatnio spotkałam dwie), ale myślę, że może być sporo, które jej nie czytały. Czasem czuję się jakby media i wykładowcy, w różny sposób i przy różnych okazjach, wciskali mi Orwella w twarz. To może stwarzać wrażenie, że "ja już wiem, o czym jest ta książka, więc po co mam ją czytać?". I jeszcze jedno - chyba po raz pierwszy w czytaniu książki nieco przeszkadzał mi brak wiedzy o niej samej, o jej interpretacjach i o epoce, w której powstawała.

A zatem nie będę bawić się w analizy "Roku 1984", bo jedyne czym może się to skończyć, to zabrnięcie na grząski teren, w który potem "wbiją" mnie głębiej poloniści. Nie oznacza to oczywiście, że czytałam bezrefleksyjnie, bo tej książki raczej nie da się tak czytać.


Nie jest to najlepsza lektura na jesienną chandrę.

Jenny McPartland pracuje w galerii sztuki w Nowym Jorku. Właśnie przygotowuje wystawę modnego ostatnio, a przy tym bardzo dobrego, malarza z Minnesoty - Ericha Kruegera. Jednocześnie musi  opiekować się dwójką małych dzieci, boryka się z problemami finansowymi, a przy okazji, z dziwnego poczucia obowiązku (?), pożycza pieniądze swojemu byłemu mężowi. Aż w końcu poznaje uroczego pana Kruegera, który podaje jej pomocne ramię w dosłownym znaczeniu tego zwrotu, ale też w przenośnym - bo zjawia się w samą porę, żeby zapobiec nawarstwiającym się problemom samotnej, zapracowanej matki. Dacie wiarę, że po miesiącu czy dwóch już są małżeństwem i Jenny razem z dziećmi przeprowadza się na farmę, do rodzinnej posiadłości Kruegerów? A wiadomo - jak mówi stare porzekadło: co nagle, to po diable.

Oczywiście początkowo panuje sielanka, ale im dokładniej Jenny poznaje historię rodziny, tym bardziej coś jest nie tak. Przyszło jej konkurować z matką swego męża, a to nie jest łatwe. Szczególnie jeśli matka żyje już tylko w pamięci tych, którzy ją znali, i na obrazach.

Książka ma dosyć ponury klimat, jak na dobry thriller przystało. Tzn., hm, "dobry" nie oznacza tutaj "przełomowy", ale na pewno "zajmujący". Trzyma w napięciu, czyli tak, jak być powinno. Jednak, tak jak wspomniałam na początku, nie jest to odpowiednia książka na poprawę nastroju - niby zwyczajne czytadło, a jednak czułam się nieswojo czytając je będąc w domu sama.

Jeśli ktoś lubi thrillery, to ten jest całkiem dobry. Nie porusza tak jak "Echo winy" Charlotte Link lub "Matka" Petry Hammesfahr (oczywiście jest to moja opinia, że wymienione książki są poruszające, możecie się nie zgadzać), ale Mary Higgins Clark produkuje książki hurtowo, więc chyba nie należy oczekiwać, że tempo pisania będzie szło w parze z głęboką konstrukcją psychologiczną bohaterów. Mimo wszystko uważam, że jest dobrze i książkę polecam fanom gatunku.

Państwo Tamickie - Joanna Łukowska

poniedziałek, 17 października 2011

Właśnie się zorientowałam jak dawno nic tu nie pisałam (cóż za rym). Chociaż, może tydzień to nie aż tak długo. W każdym razie dopadły mnie zajęcia na uczelni na spółkę z jesienną chandrą (melancholią? depresją?). "Państwo Tamickie" jest całkiem dobrym lekarstwem na spadek nastroju, ale, wiadomo, wszystko, co dobre, szybko się kończy.

To książka (e-book) o pewnym młodym małżeństwie z Poznania, które swoją wspólną drogę zaczynało u schyłku lat 80-tych, tuż przed dumnym wkroczeniem Polski w kapitalizm. Towarzyszymy Joannie i Maciejowi Tamickim w ich codziennym życiu i codziennych problemach - od odebrania kluczy do nowego mieszkania i urządzania się w nim, przez dwa porody, perypetie z małymi dziećmi i pracą, aż do małżeńskiego kryzysu. Przy okazji możemy też poznać wycinki z życia ludzi (lub zwierząt), z którymi w jakiś sposób Tamiccy się zetknęli. To po prostu powieść na wskroś obyczajowa.

Największa zaleta "Państwa Tamickiego"? Lekkość stylu i humor. Okazało się, że nie tylko ja miałam problem z sąsiadem z góry, którego zachowanie - ciągłe stukanie, wiercenie i piłowanie - sugerowało budowanie samolotu w domu. Ja swojego podejrzewałam o to, że jest stolarzem-hobbystą i produkuje trumny.

Ogólnie styl wypowiedzi przywodził mi na myśl książki Joanny Chmielewskiej. Niektórych mogłoby to zniechęcić, mnie się podobało. Natomiast bolały mnie literówki - szczególnie liczne na początku - oraz brak strony tytułowej. Potem zobaczyłam w jakiejś księgarni internetowej, że "Państwo Tamickie" ma normalny projekt graficzny okładki, a ja najwyraźniej otrzymałam wersję "promo only" ;)

Moim zdaniem ta pozycja zasługuje na pozytywną ocenę. Żałuję wręcz, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem jej, ale nie posiadam czytnika, a targanie ze sobą stacjonarnego komputera z miejsca na miejsce raczej nie wchodzi w grę.

Dziękuję autorce za egzemplarz "recenzencki" ;)

[Stos #2]

poniedziałek, 10 października 2011

Nadszedł czas na prezentację kolejnego stosu książek, który uzbierał mi się ostatnimi czasy. Zdjęcie zostało zrobione wczoraj wieczorem i już dzisiaj jest nieaktualne, ale to co dzisiaj przybyło niech na razie pozostanie tajemnicą ;) Nie udało mi się jeszcze przeczytać wszystkich książek z poprzedniego stosu, ale dzielnie przedzieram się przez kolejne pozycje. Może poszłoby mi szybciej gdyby nie to, że od czasu do czasu przybywają jakieś nadprogramowe utwory - a to z biblioteki, a to jakiś ebook... Tym razem zdjęcie robił q. Książki od dołu:

- Philippa Gregory, Błazen królowej - podobnie jak poprzednio, książka pożyczona od Mamy q, "Kochanice króla" były całkiem dobre - zobaczymy jak będzie tym razem;

- Mario Puzo, Ojciec chrzestny - prezent od q na moje przyszywane imieniny (generalnie imieniny mam tego samego dnia co urodziny - w sierpniu, ale niektórzy twierdzą, że to niesprawiedliwe dostawać prezenty tylko raz. I to wcale nie ja tak twierdzę ;) ), cieszę się, że w końcu będę miała okazję poznać tę słynną historię;

- Katarzyna Michalak, Sklepik z niespodzianką: Bogusia - wybrałam się do antykwariatu, żeby zobaczyć czy nie ma czegoś ze Świata Dysku Pratchetta, niestety nie było i już miałam wychodzić...;

- Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat - kolejny prezent od q, chyba za pomoc w realizacji jakiegoś materiału, ale nie jestem pewna;

- Peter James, Pogrzebany - książka, którą dostaliśmy na dworcu Łódź Fabryczna, prawdopodobnie w ramach promocji (promocji książki, nie dworca);

- Joe Alex, Piekło jest we mnie - pożyczyłam sobie z biblioteczki mojej Mamy, idealna wielkość i waga książki do torebki.

Hotel "Bertram" - Agatha Christie

niedziela, 9 października 2011

Zanim usiadłam do napisania opinii o kolejnej książce Christie, przypadkiem natknęłam się na to, co pisałam niemal rok temu o "Tajemniczym panu Quinie". Od razu mogę powiedzieć - "Hotel Bertram" nie jest tak pełną tajemnic opowieścią.

W powojennej Anglii hotel Bertram to miejsce, w którym czas jakby się zatrzymał 50 lat wcześniej. Ludzie, których można tam spotkać, wydają się nie pasować do współczesnej epoki - zarówno goście jak i obsługa. A wśród nich znalazła się panna Marple, jak zwykle czujna i jasno myśląca - pomimo wieku. To tylko ciało się zestarzało, umysł wciąż pracuje na wysokich obrotach. Skoro jest nasza stara znajoma (i nie mam tu na myśli wieku), to musi być i zbrodnia. W istocie - zdarzyła się - ale gdzieś pod koniec, a odgadnięcie mordercy tym razem nawet dla mnie nie było specjalnie trudne (!). Tak naprawdę chodzi o rabunki, które od jakiegoś czasu nękają całą Anglię (i nie tylko). Co prawda są pewne tropy, ale prowadzą donikąd. Cała nadzieja w nadinspektorze Davy'im, że uda mu się poskładać elementy na pozór do siebie nie pasujące.

Czytałam lepsze książki Agathy Christie. Tutaj pierwszy raz mi się zdarzyło naprawdę wcześnie odgadnąć o co chodzi. Jasne, bez szczegółów, ale jednak. Całe szczęście, że bez nich, bo to najbardziej w jej książkach lubię - te logicznie wymienione i tłumaczone argumenty wyjaśniające "kto jest mordercą". Uważam też, że w "Hotelu Bertram" było za mało panny Marple. Może i jestem fanką Herkulesa Poirot, ale, hej!, panna Marple też jest w porządku. Oczywiście to takie tam moje marudzenie, bo tę książkę czyta się niemal równie przyjemnie co inne tej autorki.

I jeszcze taka dygresja na koniec. Ostatnie sceny powieści, tuż przed wyjaśnieniem zagadki, przypomniały mi film Woody'ego Allena "Cienie we mgle". Prawdopodobnie przez tę mgłę.

Żona kuchennego boga - Amy Tan

wtorek, 4 października 2011


"Żona kuchennego boga" wpadła do mnie przypadkiem, a że została wypożyczona z biblioteki (i to nie przeze mnie) - musiałam ją szybko przeczytać.

Matka i córka. Chinka i Amerykanka. Różnice pokoleniowe i mnóstwo niewypowiedzianych sekretów. Aż nadszedł czas kiedy wszystko musi zostać wjaśnione. Córka ma stwardnienie rozsiane, o którym matka nie wie. Starsza kobieta zrobiła sekret z całego swojego życia sprzed przybycia do Ameryki i małżeństwa z pastorem. A tym, co przeżyła, dałoby się obdzielić niejedną osobę. W końcu, za namową (a właściwie groźbą) przyjaciółki, opowiada Pearl o wszystkich radościach i upokorzeniach, których doznała.

Czasem aż nie mogłam uwierzyć w to, co czytam i zastanawiałam się, czy możliwe byłoby tak beztialskie zachowanie wobec kobiety jakie prezentował pierwszy mąż Winnie. I to jej podporządkowanie... Coś przerażającego, ale, niestety, być może wcale nie odbiegającego od prawdy. Nie znam chińskiej kultury, nie wiem co mogło się faktycznie zdarzyć w I poł. XX w., ale podejrzewam, że autorka wiedziała co pisze - w końcu sama jest córką chińskich imigrantów, więc prawdopodobnie wie co nieco o tej dalekowschodniej patriarchalnej kulturze.

Tak naprawdę nie wiem co o tej książce napisać. Podobała mi sę, ale nie powaliła. Mimo wszystko poleciłabym ją gdyby ktoś zapytał mnie o dobrą książkę obyczajową. Chyba szczególnie ze względu na tę kulturową otoczkę, tak różną od europejskiej - co zawsze podkreślam przy tego typu książkach. Zatem jeśli przypadkiem (lub nie) traficie na "Żonę kuchennego boga" to sami (same?) musicie podjąć decyzję czy przeczytać.

[Po MFKiG 2011]

poniedziałek, 3 października 2011

Quaz napisał, że dla niego MFKiG to przede wszystkim ludzie. Dla mnie to przede wszystkim ich pasja. Jak już pisałam, nie znam się na komiksach, ale na Festiwalu bawiłam się świetnie :)

Udało nam się być tylko w sobotę i to dopiero po południu, ale zdążyliśmy na spotkanie z przedstawicielem 11 bit studios, a potem z rysownikiem Disneya, Kari Korhonenem. Pierwsze było dosyć nudne (studiowałam w tym czasie program Festiwalu), za to drugie bardzo mi się podobało. Przypomniały mi się czasy, w których regularnie czytałam "Kaczora Donalda". Po rozmowie z rysownikiem zaczął się panel "Czas na komiks - wokół wystawy" o tym, czy komiks jest sztuką. Chyba. Tzn. już na początku dowiedzieliśmy się, że komiks sztuką bywa, a potem wyszliśmy, żeby zobaczyć inne atrakcje przygotowane przez organizatorów MFKiG. Wpadliśmy do Strefy Gier, w której odbywały się turnieje e-sportowe (mam nadzieję, że tak to się nazywa), a potem do Strefy Targowej, w której można było wydać bardzo dużo pieniędzy na komiksy. Przemykaliśmy między stoiskami spotykając co jakiś czas mniej lub bardziej znajomych pasjonatów.

A wieczorem... W klubie Wytwórnia odbyła się Komiksowa Gala, na której wręczono kilka nagród, kilka osób złożyło Festiwalowi życzenia i ogólnie było bardzo sympatycznie. Ale tak naprawdę czekaliśmy na największą (przynajmniej dla mnie) atrakcję - występ Akiry Yamaoki (nie wiem czy dobrze odmieniłam) razem z Cool Kids Of Death. Najpierw zagrali sami CKOD - jako support dla CKOD i Yamaoki ( ;) ), który skomponował muzykę m.in. do gry Silent Hill. Zespół z kompozytorem wykonał kilka swoich utworów, a na koniec zagrali 2 kawałki z gry (i jeden na bis). Muzyka na żywo zawsze jest porywająca.

Po koncercie była jeszcze impreza klubowa, ale na niej zostali już tylko nieliczni. I tak było sympatycznie :) Już nie mogę się doczekać przyszłorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.

Na koniec jeszcze mała niespodzianka. Quaz zrobił (nakręcił i zmontował) krótki filmik, w którym możecie zobaczyć jak to wszystko wyglądało (i przy okazji mnie ;) ). Zapraszam do obejrzenia:


Twitter

Instagram

Quaz Bogart idzie w miasto. A ja jak powinnam się ubrać?

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo