Nawet jeśli nie czytaliście ani nie oglądaliście "Ojca Chrzestnego" to z pewnością kojarzycie to dzieło o włoskiej mafii. "Rodzina Borgiów" jest ostatnią książką, która wyszła spod pióra autora losów Vita Corleone. Żeby nie było wątpliwości - znakomitą książką.

Akcja powieści toczy się w renesansowych Włoszech w czasach papieża Aleksandra VI. Stanowisko to sprawował Rodrigo Borgia. Dlaczego zatem książka nosi tytuł "Rodzina Borgiów"? Bo Rodrigo miał czworo dzieci (tak naprawdę miał ich więcej, ale tylko czwórka urodzona przez Vanozzę miała dla niego znaczenie). Zresztą posiadanie dzieci przez dostojników Kościoła nie było wtedy w żaden sposób piętnowane.

Czytając "Rodzinę Borgiów" jesteśmy świadkami przenikania się fikcji i prawdy. A raczej domysłów autora i zdarzeń historycznych. Mimo że powieść jest osnuta na rzeczywistych wydarzeniach to przecież nie możemy mieć pewności co do niepotwierdzonych szczegółów.

Mario Puzo uważał rodzinę Borgiów za pierwszą w historii mafię. Rodrigo, jak rasowy don, dbał o interesy klanu, ale wymagał posłuszeństwa i lojalności. Nie miał oporów, aby posunąć się do ostatecznych rozwiązań jeśli w grę wchodziła możliwość zachwiania władzy jego i jego dzieci. Trucizny, garoty, sztylety - to wszystko było w powszechnym użyciu. Ale papież Aleksander był też wrażliwy (u Puzo, nie wiem jak w rzeczywistości) na szczęście swoich potomnych. Lukrecję wyzwolił z więzów małżeństwa, które nie dawało jej szczęścia (tym bardziej, że związek ten przestał służyć celom papieża), a Cezarowi pozwolił zrzucić odzienie kardynała i stać się żołnierzem. Los najstarszego syna, ukochanego Juana, skłonił Aleksandra do podjęcia działań w kierunku reform Kościoła. Najmniej kochał Jofre, najmłodszego syna, nie był nawet pewien czy chłopak rzeczywiście został przez niego spłodzony.

"Rodzina Borgiów" jest trzecią książką w historii, która dostała ode mnie "szóstkę" w biblioNETce i 5 gwiazdek na LubimyCzytać. Jest fantastyczną fabularyzowaną opowieścią o tamtych czasach. Wśród postaci drugoplanowych pojawiają się np. Niccolo Machiavelli czy Leonardo da Vinci, co też dodaje powieści smaku. Myślę, że zdecydowana większość czytelników będzie usatysfakcjonowana po zamknięciu ostatniej strony powieści. Szczerze polecam.

Zaraza - Robin Cook

wtorek, 14 grudnia 2010


Po raz kolejny mam przyjemność (?) powitać Was w Zakładzie Medycyny Sądowej dla Miasta Nowy Jork. To kolejne spotkanie z Jackiem Stapletonem i Laurie Montgomery.

Jack pracuje w miejskiej kostnicy dopiero od 5-u miesięcy. Jeszcze nie zdążył się nikomu narazić, jeszcze nikt nie składał na niego oficjalnej skargi do burmistrza. Sam lekarz jeszcze nie do końca otrząsnął się po tragicznej śmierci żony i dwóch córek. Praca patologa ma mu w tym pomóc. I może coś w tym jest, bo trudno się zajmować swoimi prywatnymi sprawami kiedy na stół autopsyjny trafiają ciała zmarłych na dżumę, tularemię czy gorączkę Gór Skalistych. Nawet zgony spowodowane grypą są podejrzane. I wszystkie te przypadki pochodzą z jednego szpitala. Zaniepokojony Stapleton postanawia na własną rękę odkryć skąd wzięły się bakterie i wirusy grożące epidemią - podejrzewa, że ktoś je rozsiewa celowo.

Broń biologiczna, a taką niewątpliwie są wirusy i bakterie, w wielu wypadkach może być skuteczniejsza niż broń palna. Pokazują to przykłady z historii, pokazują fikcyjne wydarzenia opisane w książkach. Ale w "Zarazie" jeszcze nie chodzi o terroryzm. Jak zwykle u Cooka - jest dobra fabuła, ciekawa zagadka i trzymające w napięciu odkrywanie prawdy. Warstwa językowa może bywa nieco naiwna, ale nie czytam jego książek, żeby napawać się nagromadzeniem zdań wielokrotnie złożonych trafiających tylko do części społeczeństwa o wysublimowanym guście (a przynajmniej za takich się uważających), a po to, żeby się oderwać od rzeczywistości i dobrze się bawić - jak przy filmach sensacyjnych. Przy okazji - z thrillerów medycznych naprawdę można się czegoś nauczyć.

Oho, ja już mam katar... A Wy?


Tytuł chyba najbardziej oddaje treść książki. Tak naprawdę wystarczyłoby go wypowiedzieć, żeby ją streścić.

Laura przyjeżdża w rodzinne strony, aby zasadzić drzewo. Magnolię. To niezwykle symboliczny gest, bo magnolia nigdy nie wyda owoców, upłynie też wiele lat zanim będzie się można schronić w jej cieniu. Ale Laura się uparła. Przy okazji podsumowuje swoje dotychczasowe życie. Jaki jest bilans? Chyba na plusie, ale w życiu nigdy nic nie jest oczywiste, białe lub czarne. Najważniejsze jest to, że kobieta nie żałuje swoich wyborów.

"Jedno drzewo, jedno pożegnanie" to zapis monologu wewnętrznego Laury, ale też dialogu jaki prowadzi z osobami związanymi z jej przeszłością. Dialogu zawierającego tylko jej kwestie. Nie ma jednak problemu ze zrozumieniem przekazu. Nie wiem czy utwór Mayoral można nazwać powieścią, ale nie zmienia to jego nastroju - jest nostalgiczny. Bo bardzo często takie właśnie są powroty do przeszłości.

Najbardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło. I tak mogę podsumować tę książkę. Laura nie żałuje, bo się odważyła. Nawet jeśli nie przyniosło jej to wielkiego szczęścia.


Przeważnie okazuje się, że najbardziej podejrzany rzeczywiście jest mordercą.

Herkules Poirot wraz ze swoim przyjacielem, kapitanem Hastingsem, wypoczywa w St. Loo na południu Anglii. Słynny detektyw właśnie przeszedł na emeryturę i nie zamierza już angażować się w żadną z kryminalnych spraw. Ale czy jest to możliwe kiedy morderca zaczyna działać tuż pod jego nosem? A czy zbrodniarz nie jest zbyt pewny siebie próbując popełnić przestępstwo pod czujnym okiem Poirot?

Niebezpieczeństwo czyha na pannę Nick Buckley, właścicielkę tytułowego Samotnego Domu. Trzy razy udało jej się uniknąć śmierci, a mimo to wydaje się dobrze bawić i w ogóle nie zwracać uwagi na oczywiste zagrożenie. Herkules Poirot nie jest tak beztroski i postanawia otoczyć pannę Nick ochroną, która ma uniemożliwić mordercy kolejne zamachy na jej życie. Nie do końca mu się udaje, ale może właśnie to naprowadza go na rozwiązanie zagadki. Jak zwykle jego metodyczność i wyczulenie na wszelkie szczegóły sprawia, że morderca zostaje ujęty. Bo przecież nie mogło być inaczej.

Chylę czoła przed panią Christie. Może nie jest to najlepsza powieść jaka wyszła spod jej pióra, ale i tak jest świetna. Wydaje mi się, że nie wszystkie szczegóły zostały do końca wyjaśnione, ale przy takiej ich ilości to chyba marny zarzut. Prawie cały "Samotny Dom" przeczytałam w pociągu z Łodzi do Warszawy - wciągająca książka, ale to nie zaskoczenie w przypadku Agathy Christie. Szczerze polecam.


Wszystko zaczyna się w godzinie śmierci Michaela Josepha, księdza z San Francisco.

Ksiądz zostaje zamordowany w konfesjonale w środku nocy. To trochę dziwna pora na spowiedź, nie sądzicie? Ciekawe, że jest też świadek zdarzenia - bezdomna kobieta, która miała się spotkać z księdzem, bo ten chciał jej pomóc. Tylko ona może zidentyfikować zabójcę.

Śledztwo w sprawie morderstwa prowadzone jest przez miejscową policję, ale brat bliźniak księdza, Dane Carver, jest agentem FBI i przyjeżdżając z Waszyngtonu włącza się w sprawę, a wraz z nim Dillon i Sherlock Savich, również agenci, jego przyjaciele z waszyngtońskiego biura. Trop wiedzie do studia telewizyjnego w Hollywood i powstałego tam programu, który najwyraźniej ma związek z morderstwem.

Równolegle toczy się druga niewyjaśniona sprawa związana ze wspomnianą bezdomną przedstawiającą się jako Nick Jones. Chce pomóc w ujęciu mordercy księdza, a jednocześnie przed czymś (kimś?) ucieka. Dane cały czas próbuje dowiedzieć się przed czym, ale dziewczyna konsekwentnie milczy.

No tak. jest morderstwo (nawet więcej niż jedno), jest śledztwo i jest... seks. Zupełnie bez sensu pojawiają się pod koniec książki opisy tego, do czego dochodzi pomiędzy bohaterami. I są to sceny łóżkowe. Naprawdę wystarczyłoby jedno zdanie sugerujące co się działo kiedy zgasło światło (lub nie - jak kto lubi), niepotrzebne są narracje rodem z harlequinów. Poza tym "Godzina śmierci" jest całkiem dobrą opowieścią o zbrodniach.

Ten gatunek nie potrzebuje erotycznych opisów.

Echo winy - Charlotte Link

sobota, 20 listopada 2010


Najohydniejsze zbrodnie to te popełniane na dzieciach. Wybaczcie taki początek, ale właśnie o tym jest ta książka. Ale nie tylko.

W okolicach King's Lynn zaginęła mała dziewczynka. Niedługo potem zostaje odnaleziona - uduszona, a wcześniej zgwałcona. Kiedy podobny los spotyka kolejne dziecko można mówić o serii. Rodzice innych dziewczynek zaczynają drżeć na myśl, że mogliby swe pociechy choć na chwilę spuścić z oczu.

W tym samym czasie u wybrzeży wyspy Skye, na której wypoczywa rodzina Quentinów, rozbija się łódka należąca do małżeństwa z Niemiec. Livia Moore, Niemka, pracowała dorywczo u Virginii Quentin. Teraz w życie Angielki i jej męża, Fryderyka, wkracza również Nathan Moore - niezwykle pociągający i tajemniczy mężczyzna. Zapowiada się na to, że może pozostać z nimi na dłużej...

Dobry, bardzo dobry thriller. Do ostatniej strony. I do końca trzyma w napięciu. Poza tym jeden z niewielu, w których zakończenie nie jest naiwne i jakby na siłę. Książka jest wciągająca i, rzadko to się zdarza, kilka razy miałam łzy w oczach. Niesamowite, że autorce przez 463 strony udało się utrzymać równy poziom opowieści.

Każdy ma coś do ukrycia. Coś, czego nie chce pokazywać innym. Polecam.


Wypożyczyłam tę książkę, bo po przeczytaniu opisu na pierwszej stronie pomyślałam, że dawno nie czytałam żadnej książki przygodowej i może warto byłoby to nadrobić. Ale chyba spodziewałam się czegoś innego...

Głównym bohaterem jest prezes Juan Cabrillo, kapitan statku Oregon. Statku, który z zewnątrz wygląda jak kupa złomu, ale pod pokładem znajdziemy wszystko co może zaoferować współczesna nauka i technika. Korporacja, której twórcą jest Cabrillo, podejmuje się zadań, których nikt inny nie może się podjąć, bo zadania te są zbyt trudne lub zbyt ściśle tajne, aby wykonać je mogło np. CIA. Ale prezes nie wykonuje zleceń sam. Pod swoim dowództwem ma najlepszych, którzy byli zbyt dobrzy do pracy w rządowych jednostkach.

Zaczynamy w 1941 r., kiedy to pięciu braci szuka skarbów, które, według legendy, pewien korsarz ukrył na wyspie należącej do ich rodziny. Nie udaje im się do niego dotrzeć, ale zagadka powraca po ponad 50-u latach. Jej echo pojawia się w argentyńskiej dżungli, przez którą przedziera się Cabrillo wraz ze swoją załogą, aby odzyskać fragment rozbitego satelity. Z tej scenerii jakby wprost z "Jądra ciemności" (lub "Czasu Apokalipsy") przenosimy się na Antarktydę gdzie zagadka zdaje się mieć rozwiązanie. Cabrillo i jego kompanii dysponują wszystkim co jest im potrzebne - poza czasem do stracenia.

Wszystko w tej książce jest epickie. Sądzę, że mógłby na jej podstawie powstać film, który przyciągnąłby widzów do kina mnóstwem efektów specjalnych, a pirotechnicy na pewno nie nudziliby się przy jego produkcji. Oregon ma na pokładzie wszystkie cuda techniki - może nawet takie, które jeszcze nie zostały wymyślone i skonstruowane. A sam prezes jest niesamowicie inteligentny, wysportowany (ma sztuczną nogę, ale nie przeszkadza mu to biegać jak gepard) i wyszkolony.

Może gdyby był to film, to nie raziłyby tak braki fabularne. Ale od książki wymagam czegoś innego niż od filmu. Większość elementów była mocno naciągana, a Stany Zjednoczone jawią się jako bojownik o wolność i sprawiedliwość na świecie.

Takie sobie to było.

Tajemniczy pan Quin - Agatha Christie

niedziela, 31 października 2010


"Tajemniczy pan Quin" to właściwie 12 krótkich opowiadań, w każdym zaś jest jakaś nierozwiązana zagadka, tajemnica.

Przez wszystkie te zagadki przeprowadza nas starszy dystyngowany Anglik obracający się wśród najbardziej znaczących postaci międzywojennego świata towarzyskiego, a jednak wciąż pozostający jedynie obserwatorem, pan Satterthwaite. Ale on sam twierdzi, że nic by nie zdziałał bez swego przyjaciela, który "przychodzi i odchodzi" - bez pana Harleya Quina. Wiemy o nim niewiele, właściwie nic. Pełni on rolę katalizatora, jak określa go sam pan Satterthwaite, sprawia, że fakty nabierają nowego znaczenia, klarują się.

Panowie poznają się w sylwestrową noc w domu, którego właściciel w jednym z pokoi popełnił samobójstwo. Sprawa być może nie dziwiłaby aż tak bardzo gdyby nie to, że w tym samym czasie jego przyjaciele kończyli kolację, na którą ich zaprosił. Zagadka tej śmierci nie została wyjaśniona aż do tej ostatniej nocy w roku, dopóki w ponurym domu nie pojawił się pan Quin. Po tym wydarzeniu za każdym razem kiedy pan Satterthwaite spotykał pana Quina wiedział, że wydarzy się jakaś tragedia, w której on prawdopodobnie odegra ważną rolę. Być może wygłaszając tylko jedną kwestię, ale jakże ważną. Nie od dziś wiadomo, że "świat jest teatrem, aktorami ludzie"...

Tak, "Tajemniczy pan Quin" to książka fascynująca. Fascynuje pan Quin, który pojawia się nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd odchodzi. Fascynuje motyw teatru, który odrealnia to, co dzieje się na scenie życia. Fascynujący jest również motyw arlekina, który towarzyszy nam przez wszystkie 12 opowiadań.

Ten dziwny zbiór jest inny od pozostałych książek Christie, które czytałam. Ale od niektórych jest nawet lepszy. Potrafi wywołać dreszcz na plecach.


"Śmierć wśród róż" brzmi całkiem romantycznie. Paradoksalnie - bo już sam skutek jest mało romantyczny. Ale to tylko moje zdanie...

10-letnia córka Kerry McGrath, Robin, potrzebuje pomocy chirurga plastycznego ze względu na blizny, które lekko oszpeciły jej twarz w niegroźnym wypadku. Trafia do jednego z najlepszych specjalistów - do doktora Smitha.

Co byście zrobili gdybyście przy dwóch kolejnych wizytach u lekarza zobaczyli dwie kobiety o takich samych twarzach, które przypominałyby Wam trzecią, widzianą w przeszłości?

Kerry zaczęła węszyć. Pomogło jej zajmowane stanowisko - zastępcy prokuratora okręgowego. Dotarła do zamkniętej przed dziesięciu laty sprawy o morderstwo pięknej Suzanne, za które skazany został mąż ofiary. Czy aby na pewno słusznie? W tym samym czasie były mąż Kerry, Bob Kinellen, stara się wyciągnąć z poważnych tarapatów swojego bogatego klienta, który zdaje się być związany nie tylko z oszustwami podatkowymi, ale też ze śmiercią Suzanne.

Wątków i postaci jest więcej, ale nie sposób wszystkie je tu ująć. Grunt, że jest morderstwo, jest skazany, ale są też wątpliwości. Nie ma jednak żadnego oficjalnego dochodzenia, jest tylko pani prokurator, która tu i ówdzie dowiaduje się nowych faktów dotyczących "śmierci wśród róż". A zagadka tak jakby rozwiązuje się sama. Owszem, rozwiązanie może być zaskoczeniem, ale niektóre wątki, moim zdaniem, nie zostały należycie wyjaśnione.

I tyle. "Śmierć wśród róż" to nic specjalnego. Dobrze się czyta w środkach komunikacji, bo nie wymaga wielkiego zaangażowania intelektualnego. Nie jest to książka zła. Raczej przeciętna.

Po pogrzebie - Agatha Christie

środa, 20 października 2010


Z twórczością Agathy Christie jest trochę jak z pisarstwem Terry'ego Pratchetta (albo odwrotnie) - chyba wszystko już na jego temat zostało powiedziane lub napisane. I wszyscy wiedzą, że to wybitni pisarze (wcale nie trzeba tworzyć tzw. wysokiej kultury / literatury, żeby być wybitnym - moim zdaniem oczywiście).

Ale muszę przyznać, że "Po pogrzebie" mnie nie zachwyciło. Jest dobre, rewelacyjnie się czyta, intryga jak zwykle zbudowana po mistrzowsku, ale jednak czegoś brakuje.

Oto umiera Richard Abernethie, najstarszy członek znamienitego rodu. Na jego pogrzebie zjawiają się ci członkowie rodziny, którzy mogą. A po pogrzebie zbierają się w olbrzymim domu należącym do rodu, a w którym ostatnio mieszkał sam Richard. Dowiadują się jak został podzielony majątek wuja (brata, szwagra), a poza tym jedno z nich zasiewa w pozostałych ziarno zwątpienia - co prawda Richard był chory, ale co jeśli ktoś pomógł mu uwolnić się od tego łez padołu? Niedługo potem ta osoba zostaje zamordowana.

No i niby wszystko ok, ciekawy pomysł i ciekawe rozwiązanie. Pojawia się nawet Herkules Poirot. Może problem tkwi właśnie w tym - detektyw jest już starszym panem na emeryturze. I, choć śledztwo prowadzi jak zawsze, to jakby go mniej. Dla mnie jest to pewien minus.

Nie na tyle duży jednak, żeby skreślać tę książkę. Jestem fanką kryminałów Agathy Christie i myślę, że wielu współczesnych pisarzy chciałoby napisać książkę na poziomie jej słabszych pozycji. Wciąż im się to nie udaje, a mimo to są czytani. "Po pogrzebie" to proza słabsza - ale tylko w porównaniu do innych utworów autorki.

Miriam - Truman Capote

piątek, 15 października 2010


"Miriam" to tytuł jednego z czterech opowiadań zawartych w tym tomie. Opowiadanie w ogóle należy do moich ulubionych form wypowiedzi literackiej, tym chętniej zatem sięgnęłam po tę pozycję (wygrzebaną z zakamarków biblioteczki mojej Mamy).

Sięgnęłam i wkroczyłam w nierzeczywisty, odrealniony świat prozy Capote'a. Odrealniony, choć wciąż realny, przynajmniej częściowo. Gęsta, lepka atmosfera przydaje opowiadaniom nieco demonicznego charakteru. Szczególnie dwa ostatnie - "Miriam" i "Drzewo nocy" - zdradzają silnie tę cechę. Ponadto bohaterami dwóch opowiadań (znów "Miriam" oraz "Dzieci w dniu urodzin") są dzieci, dziewczynki, które z dziećmi mają mało wspólnego. Jawią się raczej jako przedziwne kobiety w młodziutkich ciałach. Najmniej realnym opowiadaniem, nie przez atmosferę, a przez fabułę, jest "Pan Bida", któremu można sprzedać swoje sny. Nie podpisuje się krwią cyrografu, ale pod innymi względami trochę to przypomina pakt z diabłem.

Zbiór "Miriam" to naprawdę fascynujące opowiadania. Zarówno pod względem fabularnym, jak i sposobu wykorzystania języka. Jest jednak jedno "ale". Trzeba mieć odpowiedni nastrój, aby je czytać. Mogą się okazać zbyt ciężkie w chwili przygnębienia.

Z pewnością warto zapoznać się z tą czwórką - jeśli tylko ktoś będzie miał taką okazję. Są zaskakujące w swej prostocie.

Śmierć na Nilu - Agatha Christie

czwartek, 7 października 2010


Moja druga przygoda ze "Śmiercią na Nilu" pozbawiona była tego napięcia, które odczuwa się oczekując rozwiązania zagadki, ponieważ wiedziałam kto jest mordercą. Ale nie pozbawiona była przyjemności płynącej z obcowania z literaturą, która wyszła spod pióra królowej kryminału.

Tam, gdzie pojawia się Herkules Poirot, musi wydarzyć się coś niezwykłego. Nie inaczej było tym razem, kiedy to nieduży Belg wybrał się na urlop do Egiptu. Na tę samą wycieczkę wybrała się również grupa ludzi, których łączyła jedynie przynależność do angielskiej lub amerykańskiej śmietanki towarzyskiej. Oczywiście do chwili, w której na statku płynącym Nilem popełniono morderstwo. Wtedy urlop detektywa ulega zawieszeniu, a do akcji wkraczają jego szare komórki.

Poirot, jak zwykle, z najdrobniejszego szczegółu potrafi wyciągnąć właściwe wnioski. Książki z nim w roli głównej czyta się dla samej przyjemności śledzenia procesu, w którym drobiazgi zdobywają rangę niezwykle istotnych informacji. Poza tym Christie to mistrzyni konstruowania fabuły. Zwroty akcji są jak najbardziej na miejscu, a zakończenie nie jest płytkie. Zamykając książkę na ostatniej stronie nie miałam poczucia, które często towarzyszy mi przy współczesnych powieściach tego typu, że akcja tak dobrze się rozwijała, a koniec był płaski.

Myślę, że nikogo nie trzeba zachęcać do czytania książek Agathy Christie. A jeśli ktoś nie lubi jej twórczości - cóż, może "Śmierć na Nilu" to zmieni?


Widzieliście kiedyś dodo? No właśnie. Ja też nie. A jednak ptak ten kiedyś istniał naprawdę. A Nicholson uczynił z niego bohatera literackiego (zrobił to również Lewis Carroll w swej "Alicji w Krainie Czarów").

"Hollywoodzki dodo" to jakby trzy opowieści w jednej. Pierwsza z nich to opowiedziana pierwszoosobowo historia angielskiego lekarza, Henry'ego Cadwalladera, który wraz z córką przylatuje do Los Angeles, aby ta mogła spróbować zrobić karierę jako aktorka. Druga historia, również przedstawiona pierwszoosobowo, dotyczy Ricka McCartneya, początkującego scenarzysty i reżysera, który owładnięty jest swego rodzaju obsesją. Nie jest ona specjalnie szkodliwa, mężczyzna bardzo chce nakręcić film o dodo. Trzecia opowieść, do napisania której zastosowano czas teraźniejszy, jest osadzona w XVII-wiecznej Anglii, a jej bohaterem jest William Draper, niedoszły medyk ogarnięty miłością do dodo, których hodowlę chciałby rozpocząć.

Nieco zwariowana, zazębiająca się fabuła, która, w pewnym sensie, od samego początku dąży do finału niczym w greckich tragediach, nad bohaterami natomiast ciąży fatum. Sama konstrukcja przywiodła mi na myśl "Godziny" Cunninghama. Schemat oczywiście nie jest całkowicie taki sam, ale jest podobny.

I niby wszystko, co się dzieje, jest prawdopodobne, ale jednak jakieś filmowe. Wcale nie jest to złe tak naprawdę. Jest całkiem ciekawe. Chyba nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki. Dla mnie najlepszym określeniem będzie "interesująca". Nie porywa, ale bohaterowie zwracając się do czytelnika czynią ciekawe, czasem zabawne spostrzeżenia. Całość, mimo że prawdopodobna, to jednak mocno nierealistyczna.

Sól i szafran - Kamila Shamsie

niedziela, 26 września 2010


Dlaczego ludzie przekazując sobie przepisy tak często zapominają o tym, aby przypomnieć, że do dania potrzebna jest sól? Wszystkim ta przyprawa wydaje się oczywista, zauważana dopiero kiedy jej zabraknie.

"Sól i szafran" to opowieść o niepowtarzalnych smakach i zapachach kuchni subkontynentu, ale przede wszystkim o ludziach. To losy rodziny Dard-e-Dil, które wpisane są w historię Indii i Pakistanu, a która to rodzina odczuwa tylko jeden zasadniczy lęk - przed nie-całkiem-bliźniętami. Historię rodu poznajemy z perspektywy jednej z najmłodszych jego członkiń, Aliyi. Najmłodszych w sensie pokoleniowym. Ród należy do jednej z najwyższych klas tamtego społeczeństwa, nie do pomyślenia jest zatem, aby połączyć jego krew z krwią kogoś niższego stanu. Czy aby na pewno?

Opowieść napisana lekkim piórem, zabawna. I tak naprawdę nieważne w jakiej części globu rozgrywa się akcja - jest uniwersalna. Problem? Tłumaczenie. Główna bohaterka pozwala sobie od czasu do czasu na zabawy słowem. Angielskim słowem. Przykład: humorzasta krowa - moody cow - moo-dy cow - muu-horzasta krowa. Musicie przyznać, że humor trochę traci.

Bardzo przyjemna książka, pełna ciepłych i zabawnych opowieści z życia starszych i młodszych Dard-e-Dilów, ale nie stroniąca też od trudniejszego tematu jakim jest podział (kastowość) społeczeństwa. Polecam z czystym sumieniem.

W Azji - Tiziano Terzani

niedziela, 19 września 2010


"W Azji" to zbiór tekstów Terzaniego powstałych w latach 1965 - 97. Teksty te to reportaże, ale stanowią też jakby pamiętnik z podróży reportera do miejsc, w których tworzyła się historia kontynentu sąsiadującego z Europą, a tak bardzo innego.

Przed większością tekstów jest krótka nota od autora, dzięki której dowiadujemy się nieco o okolicznościach ich powstawania. A same reportaże to świetny zapis tego, co w Azji działo się w ciągu ostatnich 30-tu lat XX-ego wieku. Terzani zaczyna od niepokojów i walk w Wietnamie, Kambodży i Laosie, a kończy na przekazaniu Hongkongu spod władzy Wielkiej Brytanii pod władzę komunistycznych Chin. W międzyczasie czytamy o innych konfliktach, o innych krajach Azji, a także o wielu znanych na całym świecie osobach, osobowościach właściwie (Dalajlama, Matka Teresa, Mahatma Gandhi, Mao...).

Ale Azja, oprócz konfliktów i biedy, to także rozwinięte technologie oraz, zupełnie inna od europejskiej, bogata kultura. Terzani stara się nam przybliżyć azjatycki sposób myślenia i postrzegania, w którym twarz jest maską, a traci się ją kiedy zostaje zaburzona harmonia stosunków (dla porównania: w naszej kulturze utrata twarzy następuje kiedy ktoś odkryje, że kłamiemy). Jednak dla mnie, Europejki, część działań Azjatów jest co najmniej śmieszna, a często po prostu dziwna. Nie rozumiem ich.

Teraz ciekawostka, która częściowo obrazuje powszechne w Azji upodobanie do działań kolektywnych i spychanie na margines jednostek. W Japonii nawet przestępczość musi być dziełem grupy. Jakuza (japońska mafia) generalnie nie jest ścigana przez policję (jest niczym pratchettowska gildia złodziei i skrytobójców). Jeśli natomiast ktoś zechce działać sam, bardzo szybko zostanie przez mafię wystawiony funkcjonariuszom.

Miałam nadzieję, że w książce odnajdę więcej ciekawostek antropologicznych, ale i tak nie jestem zawiedziona. Dostałam dużo konfliktów - widocznie taka jest Azja. Przede wszystkim trudna do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy tam nie był.


Przyznaję, że to moje drugie podejście do tej książki. Pierwsze zakończyło się fiaskiem, ale wciąż obiecywałam sobie, że do niej wrócę. W końcu się udało - wrócić i przeczytać do końca.

Tytuł doskonale odzwierciedla treść - dostajemy dokładny opis historii starożytnych Grecji i Rzymu aż do upadku cesarstwa zachodniorzymskiego. Niemal rok po roku, często z datami dziennymi. Dla wielbicieli tego okresu w dziejach ludzkości - coś fantastycznego. Kubiak nie korzysta z jednego źródła, więc niekiedy konfrontuje zapisy różnych historyków antycznych w punktach, w których nie są one spójne.

Z lekcji historii wiemy, że starożytność wojnami stała. Dla mnie jednak te wszystkie opisy są zbyt szczegółowe (w różnych miejscach w sieci widziałam, że część osób uważa je za zbyt ogólne). Zapamiętanie wszystkich imion czy nazwisk na tyle, żeby je w przyszłości kojarzyć kiedy je usłyszę, to zbyt wielkie wyzwanie. Niewątpliwą zaletą natomiast jest gawędziarski styl, którym książka została napisana. Dzięki temu aż chciało się ją dalej czytać. Chętnie też przeczytałabym tak napisane dzieło o innych epokach.

Warto wiedzieć co przez wieki doprowadziło do obecnego kształtu Europy. Warto wiedzieć od czego się to wszystko zaczęło. Może nie trzeba od razu sięgać po opasłe tomiska, ale dobrze znać historię swojego kontynentu. Tym bardziej, że wiele rozwiązań starożytnego świata przetrwało w jakimś stopniu do dzisiaj.

Infiltratorzy - David Morrell

poniedziałek, 13 września 2010


Tym razem wkroczyłam w świat miejskich eksploratorów zwanych też infiltratorami.

Bohaterowie to czwórka pasjonatów historii i przestrzeni miejskich, w których czas jakby się zatrzymał. Profesor i trójka jego byłych studentów spotykają się na swoich wyprawach raz w roku. W tym celem ich ekspedycji jest hotel Paragon w Asbury Park, budynek przeznaczony do rozbiórki, od kilkudziesięciu lat pusty. Towarzyszy im Frank Balenger przedstawiający się jako reporter piszący artykuł o infiltracjach. Takie wycieczki są niezwykle ekscytujące, ale i niebezpieczne, bo stare budynki kryją wiele tajemnic. Tej nocy kilka razy trzeba będzie zweryfikować przekonanie kto jest przyjacielem, a kto wrogiem.

Zjawisko miejskich eksploracji jest jak najbardziej prawdziwe i myślę, że może być naprawdę ekscytujące. Każde opuszczone miejsce ma swoją historię - czasem mniej, czasem bardziej dramatyczną - która nabiera nowych kształtów przy bezpośrednim spotkaniu. Sama miałam kiedyś okazję spacerować po opuszczonym szpitalu psychiatrycznym - zapewniam, że jest to niesamowite przeżycie.

"Infiltratorzy" to trzymający w napięciu thriller. Interesująca jest konstrukcja zakładająca jedność czasu i miejsca - całość rozgrywa się w ciągu jednej nocy w jednym tylko budynku (poza samym początkiem). Czytelnik razem z bohaterami coraz bardziej zagłębia się w szaleństwo projektanta hotelu i osób, które w nim przebywały. Nie sposób się oderwać.

Szybko się czyta i tylko czasem naturalistyczne opisy zadawanych ran sprawiają, że czytelnikowi może się chwilowo zrobić słabo. Podsumowując, bardzo ciekawy pomysł na fabułę.

P.S. Link dla tych, których zainteresowały miejskie eksploracje: klik

Nosiciel - Robin Cook

poniedziałek, 6 września 2010


Kolejny thriller medyczny, w którym spotykamy moich ulubionych patologów - Jacka Stapletona i Laurie Montgomery. Nie są jeszcze parą ani tym bardziej małżeństwem.

Jack u jednego ze zmarłych jako przyczynę śmierci diagnozuje płucną postać wąglika. Nie jest to często spotykana forma choroby, szczególnie w Nowym Jorku. Ofiarą jest sprzedawca dywanów i skór zwierzęcych, więc lekarz uznaje, że to wykonywany zawód przyczynił się do zachorowania. W tym samym czasie Laurie przeprowadza autopsję chłopaka, który stał się ofiarą ultraprawicowej organizacji - Ludowej Armii Aryjskiej.

Z drugiej strony jest Jurij Dawidow, rosyjski emigrant, który wódkę pije jak wodę. Pochodzi ze Swierdłowska (obecnie Jekaterynburg), w którym pracował w rządowych zakładach nad bronią biologiczną. W Nowym Jorku jest taksówkarzem i obmyśla plan zemsty na Ameryce, która zawiodła jego oczekiwania. Na jego drodze stają dwaj strażacy - Curt i Steve - którzy przewodząc nacjonalistycznej bojówce chcą się zemścić na rządzie za prowadzoną przez niego politykę.

Dużo w tej książce chęci zemsty, dużo nienawiści i dużo broni biologicznej. Powieść napisana pod koniec lat 90. XX w. przestrzega przed tym, co w pierwszej dekadzie XXI w. stało się faktem - przed bioterroryzmem. Pamiętacie przesyłanego pocztą wąglika tuż po zamachach w 2001 r.? U Cooka było to wcześniej. Okazuje się, że przy obecnym rozwoju cywilizacji nasz sąsiad może mieć w piwnicy lub w garażu laboratorium, w którym produkuje śmiercionośną broń. "Nosiciel" jest książką ku przestrodze.

Jak zwykle wartka akcja trzymająca w napięciu do końca. Za mało jednak przypadków na sali autopsyjnej (ale to oczywiście kwestia gustu). No i ten Jurij pijący wódkę jakby to była woda... Bez przesady.

Chicago - Ala al-Aswani

wtorek, 31 sierpnia 2010


Wbrew pozorom to nie jest opowieść o mieście, to opowieść o ludziach. O tych, których los pokierował do życia w Chicago.

Szajma i Tarik - doktoranci w Katedrze Histologii Uniwersytetu Illinois. Spotkali się w Chicago, w akademiku, przy okazji małego pożaru wywołanego przez kobietę. Obydwoje bardzo zdolni (w innym przypadku nie mieliby szans na zagraniczne stypendium), ale samotni i zagubieni w obcym mieście. Profesor Rafat Sabit - wiele lat temu wyemigrował do Stanów i od tamtego czasu uważa się za Amerykanina. Zrzekł się nawet swego pierwotnego obywatelstwa. Profesor Muhammad Salah - kolega prof. Sabita, również wykładowca. Oszukuje się, że jest szczęśliwy, a tak naprawdę wciąż tęskni za pozostawioną w kraju, 30 lat temu, kobietą. Nadżi - przyjeżdża do Chicago, aby napisać i obronić pracę magisterską, ponieważ w jego kraju władze mu to uniemożliwiają ze względu na poglądy polityczne. Chłopak studiuje na uczelni medycznej, ale w głębi duszy jest poetą. Został jeszcze Ahmad Danana - bardziej niż robieniem doktoratu zajęty wysługiwaniem się władzy swej ojczyzny - oraz jego żona, Marwa - kiedyś wierząca w to, że spotka prawdziwego księcia, dziś rozczarowana życiem w małżeństwie. Co łączy te wszystkie osoby? Mieszkają, studiują i pracują w Chicago, ale pochodzą z Egiptu. Wyjechali, bo dostali szansę lub musieli to zrobić, aby nie stać się ofiarami reżimu politycznego. Jest jeszcze Carol - czarna dziewczyna, która traci pracę przez kolor skóry. Rasizm w czystej postaci.

To smutna książka, w której miasto jest niemym świadkiem wszystkich wydarzeń - tych całkiem prywatnych, jak romans Tarika i Szajmy, i tych publicznych, jak wizyta prezydenta Egiptu w ambasadzie. Wszyscy bohaterowie są samotni i starają się radzić sobie z tym uczuciem na różne sposoby, mniej lub bardziej skuteczne.

Rację ma prof. Marek Dziekan pisząc w przedmowie, że autor książki fantastycznie snuje opowieść. Opisy wcale się nie dłużą, a wręcz chciałoby się je czytać jeszcze i jeszcze. Są żywe, fikcja miesza się tutaj z realnością. Nie zgadzam się natomiast z twórcą opisu książki na okładce, który sugeruje, iż Rafat wścieka się na córkę, gdy ta przeprowadza się do chłopaka, bo w głębi duszy wciąż jest Arabem - mimo że uważa się za Amerykanina. Każdy, bez względu na wyznanie czy narodowość, by się wściekł gdyby jego córka wyniosła się do najgorszej dzielnicy w mieście, aby zamieszkać tam z nierobem i narkomanem.

Trochę mi się nie podobało mocne podkreślenie rasizmu przez autora. Nie byłam w Chicago, więc nie wiem czy pisarz trochę przesadził, ale myślę, że jednak jest to zjawisko bardziej wielowarstwowe niż zostało przedstawione. Mogę się mylić. Ale książkę, mimo wszystko, polecam.

Inwazja - Robin Cook

środa, 25 sierpnia 2010


A co powiedzielibyście na spotkanie z Obcymi? Przecież to statystycznie niemożliwe, aby Ziemia była jedyną planetą w całym Wszechświecie, na której możliwe jest życie.

O 22.45 wszystkie włączone urządzenia zasilane prądem spaliły się. Na Ziemię spadły dyski - małe przedmioty wyglądające jak zrobione z onyksu, całkowicie gładkie i niebywale ciężkie. Jeden z takich dysków znajduje Beau. Zanim 21-latek zdążył go dokładnie obejrzeć, przedmiot go użądlił. Jeszcze tego samego dnia chłopak z silnymi objawami grypy ląduje w szpitalu, w którym pracuje jego przyjaciel, Pitt. A następnego dnia Beau wychodzi z placówki jak nowo narodzony. Jego dziewczyna, Cassy, uważa jednak, że zachowanie ukochanego podejrzanie się zmieniło. Tymczasem epidemia grypy zaczyna się bardzo szybko rozszerzać.

Pierwszy raz zetknęłam się z tego typu książką Cooka. Wiedziałam, że autor tworzy też fantastykę naukową, ale do tej pory jakoś nie było mi dane nic z tego przeczytać. Aż do teraz. Nie jestem wielką fanką sf - ale to pewnie jakieś tkwiące w mojej głowie przekonanie, że akcja każdego sf musi toczyć się w postapokaliptycznym krajobrazie. Tutaj nie ma żadnej zagłady ludzkości (jeszcze) ani osamotnionych oaz spokoju, w których ukrywają się ludzie (choć to już prędzej). Czytając "Inwazję" przypominały mi się fragmenty z książek lub gier, w których ludzie uciekają przed wampirami lub zombie, żeby nie stać się jednymi z nich.

Ta książka trzyma w napięciu, jak zwykle u Cooka, do ostatniej strony. Wielbicielom klasycznego (twardego?) sf może się nie spodobać. Ale całej reszcie - czemu nie? Warto spróbować.

Zaginiona - Karin Alvtegen

niedziela, 22 sierpnia 2010


"Zaginiona" to mój debiut jeśli chodzi o świadomy wybór literatury skandynawskiej. Świadomy na tyle, że idąc do biblioteki wiedziałam, iż wypożyczę coś napisanego w tamtych rejonach świata. Całkiem nieźle trafiłam.

Sybilla mieszkała w luksusowym domu i miała widoki na odziedziczenie fortuny. Ale miała też despotyczną matkę i ojca, który niespecjalnie interesował się swoją córką. Po tym jak rodzice postanowili oddać jej dziecko do adopcji Sybilla uciekła zamykając za sobą drzwi do przeszłości. Od 15-tu lat żyje wśród sztokholmskich bezdomnych. Ze względu na pieniądze, które raz w miesiącu matka zostawia jej w skrytce pocztowej, aby uciszyć swe sumienie (prawdopodobnie - choć ten wątek nie został do końca wyjaśniony), zostaje przez nich nazwana królową Smalandii. Od czasu do czasu funduje sobie kolację i nocleg w hotelu. Na koszt kogoś spotkanego w hotelowej restauracji. Nie inaczej jest tym razem. Problem w tym, że rano okazuje się, iż mężczyzna został w swoim pokoju zamordowany.

Sybilla musi się ukrywać, bo uciekać nie ma dokąd. A ja ukrywałam się razem z nią. Co prawda podczas lektury adrenalina nie wytwarzała mi się w ilościach hurtowych, ale, szczególnie pod koniec, trochę jej trafiło do krwi. Oprócz czystej akcji dostajemy od autorki fragmenty, w których dokonuje retrospekcji - możemy się przekonać, co popchnęło Sybillę do ucieczki z domu, a także otrzymujemy dostęp do wybranych myśli mordercy.

Chyba większe wrażenie zrobiły na mnie opisy domu Sybilli niż jej obecnego życia. Naprawdę wściekałam się na jej matkę, a także na nią samą przez tę jej bierność. Ale to kwestia wychowania. Niemniej, książka powinna wzbudzać emocje, a ta wzbudza. I czyta się ją jednym tchem.


Kolejny thriller, w którym, zupełnie bezpodstawnie, myślałam, że odnajdę zjawiska paranormalne. Takowych jednak nie było.

Lincoln Rhyme to specjalista od badania wszelakich śladów pozostawionych na miejscu zbrodni. Dzięki najnowszym zdobyczom techniki (i nauki), a przede wszystkim dzięki swemu przenikliwemu umysłowi jest w stanie rozwikłać zagadkę każdej zbrodni. A może raczej odkryć schemat, według którego postępuje morderca.

Tym razem jego przeciwnikiem jest Tańczący Trumniarz, który zdaje się być zbrodniarzem doskonałym. Nie zostawia żadnych śladów, dosłownie po sobie sprząta. Na ręce ma tatuaż - tylko jedna ofiara przeżyła na tyle długo, aby powiedzieć o tym policji - kobietę nad trumną tańczącą ze Śmiercią (stąd jego przydomek nadany mu przez ścigających go). Jego zadaniem jest pozbycie się trojga świadków pewnego nocnego lotu. Lincoln i Trumniarz są godnymi siebie graczami w tej grze o życie.

"Tańczący trumniarz" to całkiem niezły przedstawiciel swego gatunku. Książka trzyma w napięciu i ma naprawdę dobre zwroty akcji. Główny bohater (ten dobry) nie jest sztampowym detektywem, mógłby być współczesnym Herkulesem Poirot. Ciekawa jest też konstrukcja powieści - podzielona na 5 części odlicza 45 godzin, w ciągu których Trumniarz musi zostać złapany.

To powieść, która wciąga. Na jej podstawie ponoć nakręcono film, ale nie udało mi się jaki nosi on tytuł ani kiedy został stworzony - wiecie coś na ten temat?

Sfinks - Robin Cook

wtorek, 17 sierpnia 2010


Wszystko zaczęło się 3 tys. lat temu kiedy to w grobowcu spoczęło ciało młodego faraona, Tutenchamona. A potem, w 1922 r., grobowiec został odnaleziony i otwarty.

Z pewnością słyszeliście o klątwie Tutenchamona, która miała dosięgnąć archeologów będących przy otwarciu krypty. Klątwa zadziałała tak sprytnie, że dała o sobie znać kilkadziesiąt lat później uśmiercając badaczy w sposób naturalny.

Młoda pani egiptolog (egiptolożka?), Eryka Baron, przyjeżdża do Egiptu, aby zobaczyć to wszystko, o czym do tej pory wiedziała jedynie teoretycznie. Przyjeżdża i prawie od razu staje się świadkiem morderstwa, przez co zostaje wciągnięta w grę o duże stawki. I o najwspanialsze antyki. Historia z romansem w tle.

Nie da się ukryć, że bardzo lubię pisarstwo Robina Cooka. Może to i czytadła, może mało ambitne, ale przeważnie mocno wciągające. Chyba jednak wolę kiedy pisze thrillery medyczne. Wtedy przyjęta przez niego formuła pisania najlepiej się sprawdza. Moim zdaniem "Sfinks" nie ma odpowiedniego klimatu lub ma go za mało. Książka została zekranizowana, ale nie widziałam filmu, aby ocenić czy można go porównywać do "Mumii", czy choćby do "Klejnotu Nilu" (imdb.com mówi, że nie można). Niemniej, nie mogę powiedzieć, że "Sfinks" jest książką słabą. Można przeczytać ot tak, dla odprężenia.

Germinal - Emil Zola

sobota, 14 sierpnia 2010


Germinal to pierwszy miesiąc wiosny we francuskim kalendarzu republikańskim (mniej oficjalnie - w kalendarzu rewolucyjnym).

Akcja powieści Emila Zoli rozgrywa się w drugiej połowie XIX w. w północnej Francji - w kopalni węgla le Voreaux i w osiedlu robotniczym nieopodal. Górnicy codziennie, od wczesnych godzin porannych, zjeżdżają pod ziemię, aby wydobyty przez nich surowiec mógł przynieść zyski Towarzystwu Węglowemu. Pracują prawie wszyscy - młode kobiety (mężatki zajmują się domem i dziećmi), mężczyźni, dzieci - a wynagrodzenie, które otrzymują ledwie wystarcza na to, żeby przeżyć. I tak od pokoleń. W takim społeczeństwie nietrudno o bunt - jeśli znajdzie się ktoś, kto w odpowiedniej chwili szepnie (lub krzyknie) odpowiednie słowa.

"Germinal" to powieść o walce klas - robotnicy przeciwko burżuazji. Mimo wyraźnych różnic społecznych i niesprawiedliwości widać, że jedni bez drugich nie mogliby żyć, dosłownie. Teraz, kiedy żyjemy w społeczeństwie bezklasowym (teoretycznie), a opisany przez Zolę problem zdaje się nie istnieć, warto przypomnieć sobie jak doszliśmy do tego, co mamy obecnie. Jest to również powieść o samych robotnikach, o ich życiu i sposobach na przetrwanie. Jak na naturalistyczne opisy przystało - często są wstrząsające.

Żeby wszystko było jasne - Zola nie opisuje faktycznych wydarzeń, a jedynie się nimi inspiruje. Nie daje też odpowiedzi czy to tradycyjny porządek, czy socjalistyczne idee są właściwe. Warto przeczytać choćby dlatego, że to klasyka i jednocześnie bardzo dobra, ale zaangażowana politycznie i zorientowana społecznie*, powieść.

*ale mądre zdanie mi wyszło ;)


W dużym skrócie jest to historia pewnej namiętności. Namiętności prowadzącej do granic obłędu.

Pewnej nocy Mario Lopez w jednym z klubów, w których z reguły nie bywa, poznaje Blankę. Dziewczyna przeżywa właśnie rozstanie z pewnym malarzem, a Mario, urzędnik z Jaén, oferuje jej stabilizację. Tylko czy na pewno tego potrzebuje kobieta, która do tej pory wiązała się z mężczyznami nadającymi sobie miano artysty?

To opowieść o tym, co musiało się stać. Wszechświaty tych dwojga się przecięły, ale w końcu musiały pomknąć dalej - oddzielnie. Mario to mężczyzna wychowany w trudnych warunkach na wsi, obecnie pracujący jako kreślarz w urzędzie, wszystko czego pragnie to stabilizacja i Blanka. Ona została wychowana w rodzinie, w której nigdy nie brakowało pieniędzy, nie może żyć bez sztuki, której oddaje się bez reszty. Klimatem przypominało mi to film "Vicky Cristina Barcelona" W. Allena.

Powieść jest króciutka, prawie nie ma w niej dialogów. Pozostawia po sobie lekkie uczucie otępienia.

Złoty rydwan - Salwa Bakr

poniedziałek, 26 lipca 2010


Poruszająca historia (a właściwie poruszające historie) kobiet odbywających kary w egipskim więzieniu.

Złoty rydwan to pojazd, którym jedna z więźniarek, Aziza, chce ulecieć do Raju zabierając ze sobą najbardziej sprawiedliwe (sic!) i najbardziej doświadczone przez życie współwięźniarki. Kobiety zamieszkujące więzienie pochodzą z różnych warstw społecznych, a na sumieniu mają różnego rodzaju przewinienia - często morderstwa i kradzieże, ale też np. żebractwo. Aziza skazana na dożywocie ma mnóstwo czasu, aby raz po raz we wspomnieniach przeżywać to, co ją spotkało i przygotować do podróży rydwan.

Narratorka w niezwykle obrazowy sposób przedstawia sylwetki poszczególnych więźniarek. Często wydaje się, że zbrodnie przez nie popełnione są całkowicie usprawiedliwione i wręcz przysłużyły się światu, a na pewno ich zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Po raz kolejny też widzimy, że pozycja kobiety w świecie arabskim, owszem, jest niższa od pozycji mężczyzny, ale bardzo często uwarunkowana przez same kobiety.

"Złoty rydwan" to nie jest tradycyjna powieść. Ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ale stanowi jakby inny wymiar tego gatunku. We wstępie poznajemy Azizę (i nie mam tu na myśli wstępu napisanego przez prof. Marka M. Dziekana), w rozwinięciu historie jej współwięźniarek, które według Azizy godne są podróży złotym rydwanem, a zakończenie to wyruszenie rydwanu w podróż. Powieść zrobiła na mnie spore wrażenie. To niezwykłe studium kobiecości dążącej do spełnienia swoich marzeń i do lepszego życia.


Tytułowym czynnikiem krytycznym jest to, co od jakiegoś czasu u pacjentów Angels Healthcare wywołuje powikłania pooperacyjne, po których następują zgony. Chodzi o pewien szczep gronkowca.

Po raz kolejny spotykamy Jacka Stapletona oraz jego (od roku już) żonę - Laurie Montgomery - parę anatomopatologów pracujących w Inspektoracie Medycyny Sądowej dla miasta Nowy Jork. Kiedy weszłam z nimi do wspomnianego Inspektoratu poczułam się jakbym odwiedzała dobrze znane mi miejsce i takie, w którym świetnie się czuję. Zadziwiające tym bardziej, że to przecież kostnica i prosektorium.

Jack ulega kontuzji podczas gry w koszykówkę i ma przejść operację kolana w szpitalu ortopedycznym sieci Angels. W tym samym czasie Laurie przeprowadza sekcję, która wykazuje, że pacjent tej sieci po takiej samej operacji zmarł na martwicze zapalenie płuc. Wtedy zaczyna "węszyć" i okazuje się, że przypadek nie jest odosobniony.

Bardzo lubię Cooka, więc z przyjemnością czytałam kolejną powieść, która wyszła spod jego pióra. Może styl bywa czasem nieco sztuczny, ale pomysły ma świetne. Tylko potem trzęsę się na myśl, że miałabym się poddać nawet rutynowemu zabiegowi w jakimkolwiek szpitalu ;) To kolejna książka tego lekarza-pisarza, w której pokazuje współegzystowanie medycyny i biznesu.

Jeszcze takie moje przemyślenie. Nie wyobrażam sobie pracy z mężem w tym samym miejscu - i to do tego miejscu, w którym przeprowadza się sekcje zwłok. To tak na przyszłość, bo na razie nie mam męża ;)

"Czynnik krytyczny" to nic wybitnego. To po prostu dobra książka. Również na lato.


Symboliczna opowieść osadzona w beduińskiej rzeczywistości.

Opowieść snuje tytułowa Fatima, pięcioletnia córka wodza plemienia. Dziewczynka, mimo swego niezbyt imponującego wieku, całkiem sprawnie opowiada o tym, co dzieje się w części wioski przeznaczonej dla kobiet. Nie ma tutaj pomiatania kobietami przez mężczyzn, które często kojarzy się ze światem arabskim. Jedynymi osobami, przez które kobiety uważane są za nic są - inne kobiety. Fatima na kartach powieści dorasta, ale nigdy nie przestaje być samotna i nie przestaje tęsknić za wolnością. Wciąż żyje w krainie swoich fantazji.

"Namiot Fatimy" wciąga jak studnia, w której chowa się tytułowa bohaterka. Wciągają opowieści, piosenki, kobiecy świat zupełnie inny od tego naszego, europejskiego. To niepowtarzalne doznanie pozwalające spojrzeć na ten świat inaczej niż dotychczas. Może czasem zbyt symboliczna, ale niezwykle poetycka opowieść.

Próba krwi - Ian Rankin

czwartek, 15 lipca 2010


Cieszę się, że nareszcie skończyłam czytać tę książkę. Nie wiem - może to pogoda, może coś innego, ale nie było łatwo, a czytanie wymagało ode mnie niezwykłej mobilizacji.

W pożarze ginie niejaki Martin Fairstone nachodzący (teraz to się nazywa "stalking") detektyw sierżant Siobhan Clarke. Kolega pani sierżant - detektyw inspektor John Rebus ma poparzone ręce. W tym samym czasie w jednej ze szkockich szkół dochodzi do tragedii - były żołnierz wkracza na jej teren, co kończy się trzema śmiertelnymi ofiarami i jednym rannym. Detektyw Rebus zostaje zaangażowany w śledztwo dotyczące przyczyn zdarzenia również ze względu na swoją wojskową przeszłość. Wojskowych uczy się zabijania, a kiedy kończą służbę - czasem zapomina się ich "wyłączyć"...

Niby wszystko ok. Jest akcja, jest zagadka do rozwiązania, są twisty fabularne. Ale czegoś jednak brakuje. Odpowiedniego tempa wydarzeń. Książka jest podzielona na 7 dni - tyle trwa śledztwo. Ja miałam wrażenie, że trwa ono znacznie dłużej. Po prostu się wlekło. No i polskie tłumaczenie tytułu jest, moim zdaniem, nietrafione. Angielskie "A question of blood" pasuje znacznie bardziej.

"Próba krwi" mnie nie zachwyciła, ale niewykluczone, że gdybym czytała tę książkę w innym czasie uznałabym, że jest całkiem w porządku.

Krzyżacy - Henryk Sienkiewicz

poniedziałek, 12 lipca 2010


Wśród wielu rocznic narodowych najczęściej obchodzimy te, podczas których gloryfikujemy klęski naszego narodu. Na szczęście od czasu do czasu jest też miejsce dla spektakularnych zwycięstw. Do takich zalicza się przede wszystkim bitwa pod Grunwaldem - warta wspomnienia również ze względu na przypadającą za kilka dni rocznicę jej rozegrania. Czy rycerze idący w bój 15 lipca 1410 r. myśleli o tym, że za 600 lat wciąż będą odbywać się inscenizacje ich walki? Najpewniej nie. Prawdopodobnie w ogóle nie przypuszczali, że świat tak długo będzie istniał.

Średniowiecze to czas miecza i krzyża - wiara w gniew Boży i strach przed nim rządziły ówczesnym życiem, a rozlew krwi odbywał się w imię wyższych wartości. Wierzono, że walkę wygra ten, komu sprzyja Bóg. A do walk i pojedynków rycerze byli skorzy. Zbyszko (ten z Bogdańca) tak bardzo chciał ściąć pawie czuby z niemieckich głów, że wymodlił nam wojnę z Krzyżakami (to takie uproszczenie - proszę nie cytować tego na polskim ;) ).

Nie będę opowiadać fabuły, bo większości czytających jest prawdopodobnie znana. Zwrócę tylko uwagę na to, co najbardziej chwyciło mnie za serce, mianowicie - wiara średniowiecznych ludzi w relikwie typu: trzonowy ząb Marii Magdaleny, ręka świętego Liberiusza lub palec od nogi świętego Ptolemeusza. Natomiast największym hitem na rynku relikwii był dla mnie szczebel z drabiny, która przyśniła się Jakubowi oferowany przez Sanderusa - handlarza relikwiami i odpustami (odpusty grzechów przeszłych i przyszłych, na 300 lub 500 lat, ale są też tańsze - na krócej).

Godne podziwu jest jak Sienkiewicz potrafił połączyć fikcyjnych bohaterów z tak doniosłymi wydarzeniami w średniowiecznej Polsce (Królestwie Polskim). Trzeba przyznać, że "Krzyżacy" to, mimo protestów młodzieży szkolnej, kawał dobrej powieści historycznej.

Repetycje - Martyn Bedford

niedziela, 11 lipca 2010


repetycja:
1. powtórzenie, zwłaszcza przerobionej lekcji; przepytywanie uczniów z przerobionego materiału lekcyjnego;
2. lit. wielokrotne użycie tego samego wyrazu, zwrotu, zdania dla nadania wypowiedzi mocniejszego zabarwienia emocjonalnego, podkreślenia wagi jakiegoś motywu, wzmocnienia rytmu; powtórzenie;
3. muz. a) powtórzenie części wykonywanego utworu muzycznego, oznaczonej w nutach znakami w postaci dwóch podwójnych linii pionowych z kropkami; b) ten sam znak, znak powtórzenia;
4. teatr. film. próbne wykonanie*

Bohaterem "Repetycji" jest Gregory Lynn, mający 35 lat kawaler. Mówi też o sobie, że jest jedynakiem od piątego roku życia - wtedy zmarła jego siostra Janice. Do pełnej prezentacji dodaje, że jest sierotą - jego ojciec zginął w wypadku kiedy Greg był dzieckiem, a matka zmarła tuż przed początkiem akcji książki. To, czego o sobie nie mówi, a co jest ważne, to fakt, że jest świetnym rysownikiem. Rysuje komiksy, których bohaterami są ludzie w jakiś sposób z nim związani oraz on sam. To, co rysuje, czasem zdarza się naprawdę.

Po śmierci matki Gregory rozpoczyna swoje repetycje. Najpierw na strychu odnajduje stare świadectwa szkolne, a potem udaje się do nauczycieli, którzy mieli na niego największy wpływ. Tylko że Greg chyba nie do końca jest poczytalny, a to nie sprzyja wspominaniu starych czasów przy filiżance dobrej kawy.

To duszna opowieść o tym jak wychowanie, nauczanie i naturalne predyspozycje kształtują osobowość jednostki. Za sprawą wspomnień bohatera poznajemy jego dzieciństwo w domu i młodość w szkole. Mamy szansę zobaczyć w jaki sposób zinternalizował (powiedzmy - przyswoił) przekazywane normy i jak wykorzystał je w dorosłym życiu. Geniusz czy nieprzystosowany społecznie dziwak?

Ciężka lektura z mnóstwem wulgaryzmów, ale też w ciekawej formie z wieloma definicjami słownikowymi słów, których powszechnie używamy. Można przeczytać, ale nie polecam na upalne lato.

* E. Sobol (red.), Słownik Wyrazów Obcych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002


Znajdź różnice między obrazkami - chciałoby się rzec. A dokładniej ponad sto różnic między zdjęciami dawnej Łodzi, a tymi z 2009 r.

Fotospacerownik, jak głosi jego tytuł, zabiera nas w podróż w czasie i przestrzeni. Nie byle jaką podróż. Współczesne zdjęcia obejmują niemal te same kadry, które widzimy na starych fotografiach. Niektóre miejsca tak bardzo się zmieniły, że trudno je rozpoznać, inne nie zmieniły się prawie w ogóle - tylko drzewa urosły.

Pomysł fotospacerownika jest świetny - tak samo jak jego wykonanie. Każda para zdjęć opatrzona jest krótką notatką na temat historii sfotografowanego miejsca. Archiwalne zdjęcia pochodzą z różnych okresów - od początku XX w. do lat 70. (także wieku XX). Kiedy porówna się je ze współczesnymi - może nie zawsze będziemy zachwyceni tym, jak obecnie wygląda Łódź, ale moim zdaniem ogólnie jednak wygląda lepiej. A na pewno teraz jest znacznie bardziej zielona. Może moja ocena różniłaby się gdyby w albumie znalazły się inne zdjęcia, gdyby selekcja została przeprowadzona inaczej.

Szczególnie miłośników Łodzi zachęcam do zapoznania się z tym fotospacerownikiem.


Opowieść o miłości, pożądaniu, śmierci i samotności. Opowieść o życiu w XX-wiecznej Malezji.

Historia rozpoczyna się w 1916 r. na Cejlonie, gdzie rodzi się Parwati - córka wieśniaka. Wróżbita oznajmia, że jej przeznaczeniem jest małżeństwo z człowiekiem posiadającym wielkie bogactwo. 16 lat później, dzięki fortelowi zastosowanemu przez ojca Parwati, dziewczyna wyjeżdża do Malezji, aby wyjść za niezmiernie bogatego wdowca. Śledzimy losy Parwati aż do jej śmierci w 2008 r. Widzimy jak zabiega o uczucia męża, pasierbicy, jak pobłaża swojemu synowi, wreszcie jak przeżywa prawdziwą namiętność w ramionach japońskiego generała. Bardzo długo jej towarzyszką i podporą jest Maja, kucharka, która pozostaje jakby na granicy realnego życia i świata duchowego. W tle rozgrywa się prawdziwa historia tamtego regionu świata.

Powieść jest napisana sprawnie, ale autorka nie uniknęła nieścisłości fabularnych. To trochę jak z błędami filmowymi - w jednym ujęciu coś jest, a w następnym znika. Tutaj jest podobnie. Poza tym ja nie polubiłam głównej bohaterki. Uważam, że Parwati zasługuje co najwyżej na litość, z pewnością nie na uznanie. Nie było w niej żadnej woli walki, tylko ślepe poddanie mężowi, synowi, sytuacji... Z godnością znosiła swój los robiąc to w imię wyższych wartości. Była dobrą kobietą, ale zbyt nijaką jak na bohaterkę literacką.

Przesadą jest porównywanie "Japońskiej parasolki" do "Wyznań gejszy". Zupełnie inny styl, inny klimat. Ciekawy ze względu na egzotykę miejsca, ale opowieść uniwersalna.


Urocza opowieść o tym jak sprytnymi i inteligentnymi stworzeniami są koty.

Pickax to małe miasteczko, w którym mieszka Jim Qwilleran, dziedzic fortuny, a poza tym dziennikarz. Wszystkie sprawy toczą się utartym szlakiem, spokój zakłócany jest tylko przez ataki wandalizmu. Aż do dnia, w którym popełnione zostaje podwójne morderstwo. W rozwiązanie zagadki "kto jest mordercą i jaki był motyw?" angażuje się nie kto inny jak Qwilleran oraz jego dwa koty syjamskie - w tym jeden uzależniony od kleju.

Agatha Christie to to nie jest, ale czyta się całkiem przyjemnie - szczególnie przez obecność kotów (tak, bardzo lubię koty). Fabuła jest prosta, z jednym głównym wątkiem, jak w klasycznych kryminałach. Nieźle napisane i niby wszystko jest ok, ale czegoś jednak brakuje. Może pewnej świeżości, może czegoś innego. Dobre, ale szału nie ma. Aczkolwiek na lato w sam raz.


Zbiór opowiadań jednej z najlepszych, moim zdaniem, polskich pisarek. Trzeba dodać, że opowiadań fantastycznych lub pozostających na granicy fantastyki. Myślę, że w niektórych przypadkach można byłoby się pokusić o umieszczenie ich nawet w kategorii realizmu magicznego (skoro umieszcza się tam Pratchetta...?).

"Więzy krwi" to 9 opowiadań, w których stałym elementem jest śmierć lub sen. Często jedno i drugie. W końcu Tanatos (bóg śmierci) i Hypnos (bóg snu) są braćmi. Cienka jest granica między snem a śmiercią, a u Kossakowskiej czasem ledwie dostrzegalna.

Zbiór otwiera debiutanckie opowiadanie pisarki - "Mucha" - stworzone w 1997 r., opublikowane na łamach "Fenixa". Stanowi jakby preludium do dalszych opowiadań. Choć, jak we Wstępie przyznaje sama autorka, utwory nie były wybierane według jakiegoś klucza. Jak dla mnie łączy je, o czym wspominałam wcześniej, oniryczny charakter.

Wśród dziewięciu znalazły się dwa, które szczególnie przypadły mi do gustu - "Schizma" ( ;) ) oraz znacznie dłuższe (przez Kossakowską nazwane minipowieścią) "Zwierciadło". Pierwsze to opowieść o tym dokąd może zaprowadzić cywilizację konsumpcjonizm (a może dokąd zaprowadził). Zabawne, ale być może skłaniające do myślenia. W "Zwierciadle" natomiast spotykamy, chyba typowe dla tej pisarki, demony. Rzekłabym, że jest to klasyczne opowiadanie gatunku.

Zbiór "Więzy krwi" to podróż przez 8 lat twórczości Kossakowskiej. Moim zdaniem podróż ciekawa, ale jeśli ktoś z trudem znosi literaturę fantastyczną, opowiadania te mogą okazać się zbyt mroczne, zbyt gęste w swoim klimacie.

Siedem szkiców - Virginia Woolf

poniedziałek, 21 czerwca 2010


"Siedem szkiców" to teksty pochodzące z dziennika Woolf (wtedy jeszcze Stephen) datowanego na 1909 r. Trzeba dodać, że to ich pierwsza publikacja - ze wstępem Doris Lessing oraz opracowaniem Davida Bradshawa.

Szkice dotyczą ludzi, sytuacji, miejsc. Nie pisane z myślą o publikacji - są dosyć surowe, a opisy są bezkompromisowe. Pisarka bez ogródek pisze co myśli o tym, co ją spotyka. Nie poraził mnie, tyle razy wspominany przez autora opracowania, antysemityzm Virginii Woolf ani jej snobizm, czy cokolwiek innego. Moim zdaniem szkice świetnie oddają przekonania początkującej pisarki. Nie róbmy z niej kogoś, kim nie była.

Wstęp, wprowadzenie i opracowanie zajmują znacznie więcej stron niż same szkice. Co ciekawe, każdy szkic ma oddzielne opracowanie - dłuższe niż on sam. Przypomniały mi się lekcje polskiego, na których być może jakiś utwór zinterpretowałabym inaczej, ale przecież nie będę się spierać z autorytetami. Poza tym trochę przeszkadzały mi przypisy. Było ich mnóstwo i były długie. Wytrącały z rytmu tekstu. Ale same szkice - dla mnie świetne.


Myśleliście kiedyś o podróżowaniu w czasie? Chcielibyście się cofnąć, żeby zmienić coś w swoim życiu? A może wolelibyście przenieść się w przyszłość i zobaczyć co stanie się z cywilizacją?

Podróże w czasie są tematem obecnym w kulturze od dawna. Zarówno w filmach (pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to seria "Powrót do przyszłości" - może nie jest to bardzo stara seria, ale za to znana), jak i w literaturze. "Wehikuł czasu" to opowieść o przygodach XIX-wiecznego Podróżnika w Czasie, mieszkańca Londynu, w roku 802 701.

Londyn przyszłości zamieszkany jest przez Elojów, którzy mieszkają na powierzchni i boją się ciemności, oraz przez Morloków - istoty (ludzi?) mieszkające pod ziemią i uciekające na widok światła. Podróżnik w Czasie wnioskuje, że pierwsi są potomkami arystokracji, a drudzy - klasy robotniczej. Do odległej przyszłości przeniósł się za pomocą tytułowego wehikułu czasu, który Marlokowie, w chwili nieuwagi Podróżnika, chowają w posągu. Bohater o tym, co przeżył, aby odzyskać machinę, opowiada przyjaciołom po powrocie do swej współczesności.

"Wehikuł czasu" to dosyć gorzka przepowiednia przyszłości. Ale zaskakująco dobra jeśli chodzi o koncept literacki. Nie ma tu nic bardziej wydumanego od tego, co mogłoby powstać teraz. Moim zdaniem to były dobre początki fantastyki.

Kod Genesis - John Case

czwartek, 17 czerwca 2010


Kolejna książka z nurtu spopularyzowanego przez Dana Browna, ale napisana wcześniej niż "Kod Leonarda da Vinci". I od początku nie ma wątpliwości, że to fikcja literacka.

Książka zaczyna się od spowiedzi pewnego doktora w kościele w Montecastello. Wyznane grzechy są tak szokujące, że przyjmujący spowiedź ksiądz niemal natychmiast wyrusza do Watykanu. A potem zaczynają ginąć ludzie. Wśród nich Kath i Brandon Lassiterowie - siostra i siostrzeniec Joe Lassitera, prywatnego detektywa. Co prawda policja rusza w ślad za mordercą (bo śmierć wspomnianych nie była naturalna), ale Joe dysponując większym budżetem (jest właścicielem firmy detektywistycznej) oraz lepszymi możliwościami technicznymi sprawia, że funkcjonariusze pozostają o krok za nim.

Lassiter nie przebiera w środkach i nie żałuje pieniędzy na swoje prywatne śledztwo. Podróżuje biznes klasą, zatrzymuje się w najlepszych hotelach (jeśli nie grozi to zdemaskowaniem jego tożsamości) i wypożycza dobre samochody. Początkowo myślałam, że głównym bohaterem będzie ksiądz z Montecastello, ale moje podejrzenia szybko okazały się niesłuszne. Przeszkadzał mi też język powieści - wydawał mi się zbyt... sterylny, nie dobry, a po prostu poprawny. Ale rekompensatą było zakończenie książki, w którym skupiłam się już tylko na niesionej słowami treści.

"Kod Genesis" to przyzwoita powieść. Szkoda, że niektóre wątki zdają się być niedokończone. A poza tym - niech żyje LexisNexis, które pojawia się jako baza danych zawierająca wiele artykułów. Dla mnie to na zawsze pozostanie wydawnictwo prawnicze.

Cross - James Patterson

sobota, 12 czerwca 2010


Cross to nazwisko głównego bohatera - współpracującego z policją psychologa, Alexa Crossa. Psychologa, detektywa, a po drodze agenta FBI. Albo jakoś tak.

Alex Cross, oprócz tego, że jest związany z wymiarem sprawiedliwości, jest szczęśliwym mężem i ojcem. Do czasu kiedy Maria, jego żona, zostaje ofiarą snajpera. Od tej chwili główny bohater musi radzić sobie ze smutkiem po śmierci żony i z trójką dzieci, a także z pracą zawodową (przez całą książkę próbowałam rozgryźć skąd trzecie dziecko - w momencie śmierci Marii Crossowie byli rodzicami dwójki dzieci, z czego młodsze miało pół roku. Maria niedługo wcześniej oznajmiła Alexowi, że jest w ciąży, ale ciąża ta mogła mieć co najwyżej 2 - 3 miesiące. Skąd więc trzecie dziecko?).

Opowieść prowadzona jest dwutorowo - z jednej strony snuta pierwszoosobowo przez Crossa, z drugiej strony mamy opis poczynań psychopatycznego seryjnego gwałciciela i mordercy - Michaela Sullivana, Rzeźnika. Czytając o jego zbrodniach przypomniały mi się rozważania snute na pierwszym roku studiów w ramach podstaw psychologii społecznej - czy agresywność jest cechą wrodzoną, zakorzenioną w genach, czy raczej nabytą przez doświadczenie...

Poza tym lektura "Crossa" nie wzbudziła we mnie większych emocji. Napisana nieciekawym, nijakim językiem powieść, w której co najmniej trzech bohaterów nosi imię John, a ulubione zespoły mordercy to U2 i Franz Ferdinand (nawet wybrał się ze swoimi dziećmi na koncert U2). Zaletą jest to, że książkę można przeczytać szybko, w ciągu jednego dnia.

Wyznania gejszy - Arthur Golden

poniedziałek, 7 czerwca 2010


Powieść traktująca o jednym z japońskich symboli. Symboli wciąż nie rozumianych na Zachodzie.

Czytelniku, jeżeli z lektury tej książki zapamiętałeś tylko licytację ceny za mizuage, to chyba jesteś ignorantem (nie chcę nikogo obrażać). W zachodnich kulturach gejsze postrzega się bardziej jak prostytutki niż kogokolwiek innego. To zbyt wielkie uproszczenie. I nie chodzi tylko o to, że prostytutki wiążą obi z przodu, a gejsze z tyłu. Ciężko jest człowiekowi wychowanemu w naszej kulturze zaakceptować inność kultury azjatyckiej. Wciąż oceniamy ją przez pryzmat naszej i dochodzimy do wniosku, że jest lepsza bądź gorsza. A ona rządzi się po prostu swoimi prawami.

Trzeba pamiętać, że kultura azjatycka jest kulturą ceremonialną. To nie tylko ceremonialne parzenie herbaty i głębokie ukłony, ale też fakt, że kobiety uważane są za gorsze od mężczyzn. Gejsza nie idzie z każdym swoim klientem do łóżka (bo i kiedy? dziennie jest na kilku bankietach). Gejsza ma te cechy, które żona skrzętnie skrywa - jest piękna i zmysłowa. A do tego doskonale wykształcona w zakresie sztuki, aby móc zabawiać gości herbaciarni (w której pije się sake).

Arthur Golden opisał świat gejsz z Gion w Kioto skupiając się na czasach ich świetności - w latach przed II Wojną Światową. Opowiada historię ustami gejszy Nitta Sayuri, która trafiła do okiya (coś w rodzaju domu gejsz) mając 9 lat. Widzimy jej żmudną drogę do tego, aby stać się gejszą, a potem aby osiągnąć sukces i... spełnić marzenia. Oglądamy bezwzględny świat kobiet, w którym przyszło żyć Sayuri, ale okazuje się, że także w nim można znaleźć prawdziwych przyjaciół. I choć powieść kończy się jak bajka okazuje się, że praca gejszy jest niezwykle ciężka - również fizycznie.

Temat gejsz zasługuje na osobny tekst, może felieton, ale to być może w przyszłości. Tymczasem zachęcam do przeczytania "Wyznań gejszy", a potem (lub nawet przedtem) "Gejszy" Lizy Dalby - amerykańskiej antropolog, która dostąpiła zaszczytu (?) zostania gejszą.

Odd Thomas - Dean Koontz

wtorek, 1 czerwca 2010


Nic specjalnie odkrywczego i porywającego. Ot, typowa sensacyjna historia przyprawiona szczyptą fantastyki.

Tytułowy bohater, Odd Thomas, jest 20-letnim mieszkańcem Pico Mundo. W miejscowym barze pracuje jako kucharz, po pracy spotyka się ze swoją dziewczyną, Stormy. A poza tym widzi zmarłych. Posiada coś w rodzaju szóstego zmysłu o czym wie kilkoro najbliższych przyjaciół - w tym szef policji. Wyczuwa zło. Z tego opisu łatwo się domyślić, że tym razem zło zaczaiło się w pustynnym mieście, w którym mieszka Odd.

Jestem w stanie wybaczyć Koontzowi tę, w gruncie rzeczy, nudnawą historyjkę, bo jednak wplótł w nią jakieś niesztampowe elementy. Wybaczam mu zakończenie, które było do przewidzenia, ale i tak chwyciło mnie za serce. Wybaczę mu nawet bezsensowną scenę cofania się w czasie przez wejście do pokoju, który pochłaniał wszelkie światło. Ale spoilera powieści Agathy Christie na trzeciej stronie wybaczyć nie mogę. Ma Pan szczęście, Panie Koontz, że czytałam "Zabójstwo Rogera Ackroyda".

To, co chyba najbardziej podoba mi się w powieściach tego pisarza, to humor. Typowo złośliwe i uszczypliwe odzywki i komentarze. Dzięki temu jest ciekawiej i aż dziwnie się robi, kiedy autor uderza w poważniejsze tony pisząc np. o stosunkach Odda z matką.

Poza ostatnimi stronami, to tak naprawdę całkiem odprężająca lektura.


"Wampiry wstawały z martwych, z grobów i z krypt, ale nigdy nie zdołały tego dokonać z kota."

Nie jest łatwe napisanie czegoś oryginalnego o twórczości Pratchetta. Wręcz jest to niemożliwe, bo wszystko zostało już napisane.

Tym razem Esme Weatherwax (zwana babcią), Gytha Ogg (zwana nianią) oraz Magrat Garlick (zwana... no, Magrat) wyruszają w daleką podróż. Swoimi miotłami (miotła babci pali tylko "na pych") lecą aż do Genoi, w której nieustannie toczy się Opowieść. Babcia, niania i Magrat (oraz Greebo, kot niani) odwiedzają po drodze wiele krain pozostawiając w nich po sobie niezatarte wspomnienia... A przy tym, oprócz swojej, uczestniczą w wielu innych opowieściach. Podróż przez wnętrze góry przypomina motyw z "Władcy Pierścieni", przyjęcie czarownic przez miejscowych w gospodzie pełnej czosnku jest niczym z "Nieustraszonych pogromców wampirów" Polańskiego (albo z musicalu "Taniec Wampirów" - zabrakło tylko piosenki "Czosnek"). Pojawiają się także Śpiąca Królewna i Czerwony Kapturek.

Jest to opowieść o tym, czy można zmusić ludzi, aby czuli to, co powinni czuć oraz zachowywali się tak, jak powinni się zachowywać. I czy będą wtedy szczęśliwi. W typowo prachettowskim wydaniu. Warto przeczytać.

(cytat pochodzi z "Wyprawy czarownic" w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy)


Najnowszy Spacerownik to kolejna porcja historii miasta, zdjęć archiwalnych i tych bardziej współczesnych oraz legend. Pojawiają się nazwiska i notki biograficzne osób, które były związane z miastem i wpłynęły na jego rozwój.

Tym razem autorzy proponują 9 tras spacerowych. Cztery z nich to typowe dla serii - mapy z zaznaczonymi najważniejszymi / najbardziej interesującymi miejscami na trasie wycieczki oraz ich opisy w dalszej części rozdziału. Możemy wybrać się np. na spacer po przemysłowej części Łodzi. Pozostałych 5 tras prowadzi przez łódzkie parki - od parku na Zdrowiu, przez Ogród Botaniczny, las Łagiewnicki, Źródliska, aż po park Julianowski. Na początku każdego rozdziału umieszczono schematyczną mapkę, ale zamiast punktów wyznaczających trasę wycieczki zaznaczono występujące na danym terenie gatunki drzew. Dalej znajdziemy opisy parków, ich historię oraz rozmowy z ludźmi, którzy zajmują się tymi obszarami. Mnie najbardziej urzekła rozmowa z dyrektorem łódzkiego zoo o tym jak wygląda dobieranie w pary zwierząt z rzadkich lub zagrożonych wyginięciem gatunków.

W serii Spacerowników niezmiennie zachwyca mnie fakt, że autorzy podkreślają to, co w Łodzi piękne, ale nie robią tego bezkrytycznie. Niestety obnaża to również wieloletnie zaniedbania ze strony władz miasta, które pozwalają, aby potencjał zamieniał się w ruinę. Z mojej strony jedno zastrzeżenie - autorzy mogliby nie powoływać się na wikipedię. Nie robią tego często, ale i tak razi.

P.S. Ze Spacerownika dowiedziałam się, że: "Mózg dzięcioła dużego otacza pięć opon mózgowych. Dzięki temu ptak może wystukiwać dziobem dziury w konarach drzew.".


Pełne wdzięku oraz czarujących metafor i porównań opowiadania, które, pomimo nikłej objętości, wciągają, Wciągają jak rzeka.

Virginia Woolf opisuje ludzi. Opisuje ich myśli, gesty, słowa, a nade wszystko uczucia. Czasem pisze z perspektywy pierwszej osoby, czasem trzeciej. Część wydarzeń opisanych w kilku utworach dzieje się w jednym miejscu - salonie pani Dalloway. To samo przyjęcie obserwujemy z różnych perspektyw. Niektóre opowieści dotyczą zwierząt, wszystkie - charakterów.

Pisarka przenosi nas do wewnętrznego świata bohaterów w piękny sposób. Opowiadania nie są przesadnie długie, a ich zakończenia na ogół intrygują. Skłaniają do refleksji. W pewnym sensie odurzają. Niezwykłe.


Powieść stanowiąca klasykę literatury, napisana w drugiej połowie XIX w. Oparta na wydarzeniach, które miały miejsce w życiu autora. Nie jest to jednak autobiografia.

"Wspomnienia..." to jakoby znalezione po śmierci Aleksandra Pietrowicza Gorianczykowa zapiski opowiadające o jego katorżniczym, 10-letnim zesłaniu na Syberię. Trafił na katorgę za zamordowanie żony, ale o tym dowiadujemy się ze wstępu. Sam ani razu nie wspomina powodu swojego przybycia do więzienia. Zapiski pokazują jak wyglądało więzienne życie (a może jak Dostojewski chciałby, aby wyglądało) w czasach carskiej Rosji.

Na początku myślałam, że będzie to opowieść o ciężkim życiu podobnym do tego, jakie znamy z książek o sowieckich łagrach. Z opowieści wyłania się jednak inny obraz. Większa część opowieści dotyczy pierwszego roku Aleksandra Pietrowicza na katordze, który rzeczywiście był dla niego trudny, ale bardziej ze względu na doskwierającą samotność. Aleksander Pietrowicz należał do szlachty, a ta w więzieniu przyjmowana była chłodno. Podobnie więźniowie polityczni z Polski (akcja "Wspomnień..." obejmuje czas po Powstaniu Listopadowym) zaliczani byli do szlachty, nawet jeśli pochodzenie mieli chłopskie.

Tutaj można uczynić dygresję dotyczącą Polaków w powieściach Dostojewskiego. Ogólnie znanym faktem jest, że pisarz nie darzył sympatią naszych rodaków. Tak naprawdę nie wiadomo dlaczego, być może przyczyną był fakt, że... w jego żyłach płynęła polska krew (jego ojciec pochodził z Polski), ale on zawsze czuł się Rosjaninem.

Dostojewski we "Wspomnieniach..." dosyć dokładnie opisuje uwięzienie i pracę ze społecznego punkt widzenia. Zainteresowany jest stosunkami jakie panują między więźniami oraz postawami więźniów w ogóle. Przykładowo, bardzo często wraca do motywu pieniędzy, które więźniom dawały namiastkę wolności. Wydając je, choćby na wódkę (najczęściej), przez chwilę czuli się znowu panami swojego losu, realizowali swoją, a nie czyjąś, wolę. Udowadnia również, że więźniowie chętniej wykonują swoją katorżniczą pracę jeśli widzą jej sens lub jeśli mają ustalone normy. U Dostojewskiego ludzie uwięzieni są solidarni i uczciwi (sic!), po równo dzielą się jedzeniem, a jeśli jeden drugiemu coś ukradnie, nikt nie ma mu tego za złe.

Książka niełatwa, ale też nie przesadnie skomplikowana. Może nie dla wszystkich odpowiednia jako lektura do poduszki, ale na pewno warta tego, żeby się z nią zapoznać. W miarę chęci i możliwości, nie namawiam.


"Istnieją artyści, którzy potrafią wymalować cały sufit kaplicy; ten złodziej należał do takich, którzy potrafią go ukraść."

Bruce Dickinson śpiewał o siódmym synu siódmego syna. Pratchett poszedł dalej - ósmy syn ósmego syna ósmego syna jest czarodzicielem. To ktoś więcej niż zwykły mag, a czarodzicielstwo to znacznie więcej niż zwyczajna magia. Coś dziwnego zaczęło się dziać na Niewidocznym Uniwersytecie. Najpierw uciekły z niego szczury i pluskwy (z materacem), a zaraz za nimi Rincewind. Chyba nadchodzi Apokralipsa...

Bajeczne wykorzystanie języka do budowy fantastycznej opowieści o magu (to chyba zbyt wiele powiedziane) Rincewindzie, Bagażu na nóżkach, fryzjerce (może kiedyś) Conenie i, pretendującym do miana barbarzyńskiego herosa, Nijelu Niszczycielu. Jak zwykle u Pratchetta - mnóstwo tu żartobliwych opisów, które wywołują na twarzy uśmiech lub wręcz głośny śmiech.

Seria książek o Świecie Dysku jest klasą samą w sobie. Nie można jej nie znać.

(cytat pochodzi z "Czarodzicielstwa" w tłumaczeniu Piotra W. Cholewy)

Żyjemy w czasach, w których wymyśla się pigułki na wszystko. Z jednej strony to zdumiewające i często napawa optymizmem, że coraz mniej procesów zachodzących w ludzkim organizmie jest zagadką. Z drugiej strony jednak, czy to, co ma nas leczyć nie stanie się jeszcze większą trucizną i przyczyną naszej zguby?

Robin Cook tym razem pyta w swojej książce jak daleko można się posunąć, jakie jest dopuszczalne ryzyko, w służbie ludzkości, która coraz częściej wspomaga się antydepresantami. Robi to w niezwykle zgrabny sposób łącząc historię "czarownic" z Salem z supernowoczesnym laboratorium, w którym trwają prace nad nowym lekiem mającym leczyć depresję. W jaki sposób można te dwie rzeczy połączyć?

Kimberley Stewart, potomkini Elizabeth Stewart - kobiety powieszonej w 1692 r. za pakt z nieczystymi siłami i czary, pod wpływem nowego partnera, dra biochemii, Edwarda Armstronga, zaczyna interesować się losem swojej antenatki. Przeszukuje rodową posiadłość, żeby znaleźć dokumenty, które wyjaśnią co naprawdę posłużyło w procesie o czary jako dowód winy oraz dlaczego Elizabeth nie pojawia się w historycznych opracowaniach. Edward natomiast wysuwa przypuszczenie, że przyczyną "opętań" był grzyb rozwijający się na ziarnach żyta wykorzystywanych do pieczenia chleba. Po znalezieniu przetrwalników rozpoczyna badania nad halucynogennością substancji w nich zawartej, a te prowadzą do kolejnych - nad jej właściwościami leczniczymi. Żeby przyspieszyć uzyskanie wyników Armstrong i jego zespół badawczy postanawiają przetestować działanie leku na sobie.

Thriller medyczny, który nie jest przesycony niezrozumiałą terminologią. Pojawiają się nazwy niewiele mówiące zwykłemu śmiertelnikowi, ale autor stara się je wytłumaczyć w miarę prosty sposób. Poza tym może nawet ciekawszy jest wątek poszukiwań prowadzonych przez Kim, ponieważ odwołania do tragedii kobiet z Salem wciąż budzą grozę. Tak samo jak współcześnie budzi grozę (we mnie) skala problemu jakim jest powszechność przyjmowania leków blokujących wychwyt zwrotny serotoniny (leki typu prozac) i jak może to wpłynąć na osobowość leczonego. "Dopuszczalne ryzyko" przejaskrawia możliwe skutki, żeby być jeszcze bardziej wstrząsającym thrillerem - przez co staje się jeszcze bardziej fantastyczny i nieprawdopodobny. Ale warto się nad tą sprawą zastanowić.

Twitter

Instagram

Quaz Bogart idzie w miasto. A ja jak powinnam się ubrać?

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo