Myślałam, że będzie chodziło o skalpel, a tu niespodzianka. Narzędziem zbrodni był topór.

Morderca odcinał swoim ofiarom głowy tuż pod podbródkiem, równiutko. I zabierał owe głowy ze sobą, pozostałą część zostawiał na miejscu. Zbrodni dokonywał w różnych krajach, na różnych kontynentach. Ale każdy morderca w końcu popełnia błąd i na to liczyli członkowie SIS, którzy zajęli się sprawą. Tweed, Paula, Newman i jeszcze kilka osób podróżowało po Europie i USA, żeby w końcu dopaść tę bestialską kreaturę. Równolegle, w tych samych miejscach, w których popełniane były morderstwa, pojawiali się członkowie rodziny Arbogast, potężni biznesmeni, oraz wiceprezydent USA. Przypadek?

Na pewno bardzo zubożyłam fabułę. Na pewno pominęłam coś istotnego. Ale w sumie aż tak bardzo mi na tym nie zależy, bo "Śmiertelne ostrze" jest jedynie poprawne. Tzn. jest wszystko, co powinno być. Jest niewyjaśnione morderstwo, które przeradza się w serię. Jest grupa zaangażowanych w rozwiązanie zagadki osób. Są spotkania, na których dyskutuje się nad zebranymi informacjami. I tak mogłabym wymieniać co jeszcze jest. Ponadto nie ma żadnego wątku romansowego. Zatem, powtórzę, jest poprawnie. Ale nie oszałamiająco. Chociaż może powinnam przestać oczekiwać, że te kryminały pisane jakby na kolanie zaczną mnie oszałamiać, bo stracę w końcu wiarę w ten gatunek (podobno z najniższej półki, ale i tak wszyscy go czytają).

W takim razie stwierdzam, że "Śmiertelne ostrze" to dobra lektura do ogrodu lub na balkon. A że zrobiło się ciepło - to akurat na teraz.


Nareszcie książka, która pochłonęła mnie bez reszty i przy okazji nie dołowała mnie swoją atmosferą.

Zakładam, że akcja toczy się na początku lat 70. ubiegłego wieku. W Polsce trwał PRL, na Zachodzie zaś niekoniecznie. Joanna chwilowo mieszka i pracuje w Danii, gdzie nie odmawia sobie swoich ulubionych rozrywek w postaci wyścigów konnych i ruletki. Ta druga, niestety, nielegalnie. I tutaj zaczyna się problem. Całkowicie przypadkiem, w nielegalnej świątyni hazardu, staje się świadkiem strzelaniny i powierniczką zastrzelonego mężczyzny będącego członkiem pewnego gangu. Tuż po tym wydarzeniu bohaterka zapada się pod ziemię. Dla wszystkich oprócz owego gangu (i niej samej, rzecz jasna). Przez pół roku toczy z bandytami grę o swoje życie nie chcąc im wyjawić ostatniego zdania nieboszczyka. Jak się ta gra kończy? Nie powiem, bo warto przeczytać.

Bardzo lubię Joannę Chmielewską i nie zdziwiło mnie, że "Całe zdanie nieboszczyka" przeczytałam w ciągu dwóch dni. Gdybym miała więcej czasu, to przeczytałabym w jeden. Niesamowite tempo akcji, błyskotliwy humor i ten niepowtarzalny styl sprawiają, że właściwie zawsze jestem zadowolona z książek tej autorki. I mogłabym się rozpływać dalej nad świetnością tej pozycji, ale nie ma to większego sensu. Tak samo jak nie ma znaczenia to, że dosyć trudnym lub wręcz niemożliwym do wykonania mogłoby się okazać zrobienie podkopu z zamkowego lochu za pomocą szydełka. Fantastyczne było wyobrażanie sobie tego.

Polecam i już.


I znowu jesteśmy we Francji, zupełnie współcześnie próbujemy rozwiązać zagadkę krwawiących menhirów.

Oczywiście nie tylko, ale powyższe hasełko brzmi niezwykle chwytliwie, nie sądzicie? A tak naprawdę, jak to zwykle bywa, chodzi o popełniane na wyspie Lands'en morderstwa. Seria rozpoczyna się od przyjazdu policjantki z Brestu, Marie, która w rodzinnych stronach zamierza wziąć ślub z przyjacielem z dzieciństwa, żeglarzem Christianem. Do ceremonii jednak nie dochodzi, trzeba bowiem rozpocząć śledztwo w sprawie morderstwa brata Marie. Im dłużej trwa dochodzenie, tym więcej jest ofiar i tym dziwniejsze znaki pozostawia morderca. Krwawiące menhiry są jednymi z nich. W wyjaśnienie zagadki zaangażowany zostaje specjalista do spraw zbrodni rytualnych, który może namieszać również w życiu osobistym Marie.

Zgrabnie skonstruowana fabuła - podobno oparta na scenariuszu serialu. Nie oglądałam, więc nie wiem na ile wiernie oparta. Książka jest interesująca, ale nie na tyle, żeby pochłonąć mnie bez reszty - jak np. "Echo winy". Oczywiście zastanawiałam się kto jest za wszystko odpowiedzialny, ale kiedy dotarłam do miejsca, w którym wszystko (lub wiele) się wyjaśnia okazało się, że zaproponowane przez autorki rozwiązania nie w pełni mnie satysfakcjonują. A może byłam za mało skupiona, żeby pojąć ich głębię.

Niemniej książka jest w porządku. Sam pomysł zbrodni rytualnych mnie porwał. Ciekawe, czy porwie też kogoś z Was.

Zdobywca - Brenda Joyce

piątek, 8 kwietnia 2011


Romans historyczny z saksońsko-normańskimi bitwami II poł. XI w. w tle.

Tła historycznego może nie będę specjalnie przybliżać, bo zupełnie nie znam XI-wiecznej historii Anglii i boję się, że mogłabym coś przekręcić lub gdzieś się zaplątać. Istotne natomiast jest to, że osią całej opowieści jest rodząca się miłość między normańskim dowódcą, a młodą Saksonką. I na tym właściwie mogłabym zakończyć opis fabuły, bo któż z nas nie czytał "Romea i Julii"? No dobrze, to tak bazowo. Bo w szczegółach "Zdobywca" jednak nieco się różni od szekspirowskiego dramatu. Tutaj np. komplikację stanowi fakt, że Rolf, Norman, poślubił przyrodnią siostrę Ceidre, Saksonki. Ale wiadomo, że przez dziesięć wieków nieco w pojęciu moralności i etyczności się zmieniło i teraz małżeńska niewierność jest trochę bardziej napiętnowana. Właściwie to wtedy chyba w ogóle nie była, bo w końcu kobieta żadnych praw nie miała, a pan i władca we dworze to pan i władca.

Dosyć rozważań o nieoryginalnej fabule. Przejdźmy teraz do spraw dotyczących warsztatu. Gdyby to była videorecenzja, teraz zaległaby kłopotliwa cisza. Rzekłabym, że językowo "Zdobywca" jest mizerny. Jak wspomniałam na początku - jest to romans. I jak na romans przystało, jest tu sporo "dzikiej namiętności". Ale kiedy po raz kolejny czytałam o "pulsującym organie sterczącym aż do pępka"... Sami rozumiecie. Już kiedyś pisałam, że bawią mnie sceny seksu w kryminałach. Wygląda na to, że w romansach też, a w tych drugich są zdecydowanie bardziej uzasadnione.

A jednak coś w tej książce było. Nie potrafię powiedzieć co. Może zamkowy klimat, ale tak naprawdę wydaje mi się, że opis, którego dokonała autorka nie do końca pozwalał umiejscowić akcję w średniowieczu. Równie dobrze mogłyby to być czasy późniejsze (musieliby się zmienić jedynie historyczni dowódcy). A może była to druga warstwa fabuły - ta, która nie dotyczyła bezpośrednio romansu, a stanowiła jego tło. Zazdrosna żona Rolfa, uległy mąż Ceidre albo jej bracia obmyślający w ukryciu spisek.

"Zdobywca" zostawił po sobie głównie rozbawienie.



Twitter

Instagram

Jak co roku - #pyrkon z góry #poznań

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo