Szlak Orła - Wilbur Smith

poniedziałek, 20 sierpnia 2012


Gdzieś widziałam, że Szlak Orła jest klasyfikowany jako książka sensacyjna. Dla mnie jest jednak zdecydowanie bardziej książką przygodową.

Wszystko zaczyna się w Republice Południowej Afryki kiedy główny bohater, 14-letni wówczas Dawid Morgan, odbywa swoją pierwszą lekcję latania samolotem. I te maszyny będą mu towarzyszyć już do końca. Ale najpierw musiał stoczyć batalię z wujem, który zaplanował swojemu bratankowi przyszłość w wielkiej korporacji należącej do rodziny. Miał być kompromis – 5 lat w Akademii Lotniczej, a potem firma. Tylko że jeśli ktoś ma olbrzymi talent, a w obliczu samolotu zachowuje się jakby zaprzedał duszę diabłu… No cóż. Dawida trudno było przekonać do przejęcia przedsiębiorstwa. Wolał szukać siebie gdzie indziej, nie tam gdzie wskazywał mu wuj.

Najpierw poleciał do Europy i przejechał ją od Holandii po Hiszpanię. Zwiedzał, poznawał ludzi, zobaczył corridę… I właśnie to ostatnie wydarzenie sprawiło, że znalazł to coś nieuchwytnego, coś, co trudno nawet nazwać. Poznał dziewczynę, obywatelkę Izraela, oraz jej brata i tak zaczęła się największa przygoda życia. Równie radosna, co tragiczna w skutkach.

Trzeba pamiętać, że Smith wydał swoją powieść w 1974 roku, kiedy na Bliskim Wschodzie nie było spokojnie (nie żeby teraz było). Bardzo żywy był konflikt izraelsko-arabski, w którym, jak to zwykle bywa, ginęły obie strony. Wiecie, nie jestem specjalistką od historii, a już szczególnie tej bliskowschodniej, więc nie będę się nad tym rozwodzić. Grunt, że na wojnę patrzymy w książce z perspektywy izraelskiej, ale nie jest to nachalne. A zaznaczam ten brak nachalności, bo wystarczająco dużo razy słyszałam, że zawsze racja (czy też wina) leży po obu stronach i po obu stronach cierpią ludzie.

Nie chcę zbyt dużo pisać o fabule, żeby zbyt wiele nie zdradzić i nie popsuć przyjemności jeśli ktoś zdecyduje się po tę książkę sięgnąć. Było trochę naiwności w sposobie przedstawienia uczucia głównych bohaterów, ale tak poza tym, kiedy przymknęłam oko na niektóre niedociągnięcia w stylu (ale mogą to być też problemy przekładu), została mi całkiem przyjemna i wciągająca powieść. W zupełności spełniła moje oczekiwania. Tylko nie należy się do końca sugerować okładką, bo oprócz strzelania i wojny jest tam też coś w stylu Pożegnania z Afryką Karen Blixen.

A zatem polecam. Nie żeby jakieś wodotryski czy coś, ale całkiem niezły kawałek przygodowej prozy.

PS. A na dokładkę mam dla Was teledysk, z którym kojarzył mi się początek książki:


Pamiętacie w ogóle te wszystkie seriale amerykańskie z lat 80., które puszczali w Polsacie? ;) Nasi znajomi "sprzedali" nam ten kawałek ze słowami, że "to takie jak z 'Miami Vice' " ;)
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Twitter

Instagram

Jesienne suszenie żołędzi :) #autumn #fall #acorn

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo