
Kolejna książka z nurtu spopularyzowanego przez Dana Browna, ale napisana wcześniej niż "Kod Leonarda da Vinci". I od początku nie ma wątpliwości, że to fikcja literacka.
Książka zaczyna się od spowiedzi pewnego doktora w kościele w Montecastello. Wyznane grzechy są tak szokujące, że przyjmujący spowiedź ksiądz niemal natychmiast wyrusza do Watykanu. A potem zaczynają ginąć ludzie. Wśród nich Kath i Brandon Lassiterowie - siostra i siostrzeniec Joe Lassitera, prywatnego detektywa. Co prawda policja rusza w ślad za mordercą (bo śmierć wspomnianych nie była naturalna), ale Joe dysponując większym budżetem (jest właścicielem firmy detektywistycznej) oraz lepszymi możliwościami technicznymi sprawia, że funkcjonariusze pozostają o krok za nim.
Lassiter nie przebiera w środkach i nie żałuje pieniędzy na swoje prywatne śledztwo. Podróżuje biznes klasą, zatrzymuje się w najlepszych hotelach (jeśli nie grozi to zdemaskowaniem jego tożsamości) i wypożycza dobre samochody. Początkowo myślałam, że głównym bohaterem będzie ksiądz z Montecastello, ale moje podejrzenia szybko okazały się niesłuszne. Przeszkadzał mi też język powieści - wydawał mi się zbyt... sterylny, nie dobry, a po prostu poprawny. Ale rekompensatą było zakończenie książki, w którym skupiłam się już tylko na niesionej słowami treści.
"Kod Genesis" to przyzwoita powieść. Szkoda, że niektóre wątki zdają się być niedokończone. A poza tym - niech żyje LexisNexis, które pojawia się jako baza danych zawierająca wiele artykułów. Dla mnie to na zawsze pozostanie wydawnictwo prawnicze.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz