Czytacie właśnie o pierwszej polskiej książce kryminalnej wydanej w 1925 r. i już rok później zekranizowanej przez Henryka Szaro (tak, tak - w 1926 powstał niemy film pod tym samym tytułem). Jest morderstwo, fałszywe tropy i międzywojenna Warszawa z jej salonami. Słowem, dzieje się.

Zaczyna się od tego, że Warszawę swoimi występami w kabarecie Złoty Ptak uwodzi satyryk i prześmiewca znany jako Czerwony Błazen. Nawet dyrektor przybytku nie zna prawdziwej tożsamości artysty, który nie zostawia suchej nitki na stołecznej śmietance towarzyskiej, ale ów dyrektor o nic nie pyta - tylko liczy pieniądze z biletów, bo mimo że drogie, to ludzie i tak przychodzą, żeby posłuchać o swoich znajomych. Oczywiście wszystko do czasu morderstwa - w garderobie Czerwonego Błazna zostaje znaleziony zasztyletowany bankier, a jedynym tropem okazuje się odcisk ręki należący do młodego, ale zdolnego i wysoko postawionego urzędnika, Wiktora Skarskiego.


Pomyślałam sobie, że na urlopie trzeba przeczytać coś lekkiego i zabawnego, czyli Pratchett nadawał się do tego znakomicie.

Generalnie chodzi o to, że bóg ma tym większą moc, im więcej ludzi w niego wierzy. Tylko tak naprawdę wierzy, a nie jedynie machinalnie wykonuje rytuały w strachu przed Kwizycją. Jeżeli ludzie przestają wierzyć w boga, trafia on na pustynię - tam, gdzie jest miejsce pomniejszych bóstw. Chyba że jest zdeterminowany – wtedy może stać się np. żółwiem i w tej postaci przemawiać do wyznawców. Albo do jednego wyznawcy jeżeli akurat w okolicy nikt więcej w niego nie wierzy.



Właściwie to tylko zaznaczam, że przeczytałam, bo mam wrażenie, że co bym nie napisała to będzie spoiler. W obawie o to, że jakaś dobra dusza napisze o czym rozprawiał cały Internet po tym jednym pamiętnym odcinku serialu postanowiłam, że pochwalę się lekturą dopiero po zakończeniu całości. Aha, i wyłączam możliwość komentowania. W trosce o swoje i innych dobre samopoczucie.


Facebook (i inne takie)

niedziela, 18 sierpnia 2013

Planowałam zrobić to z okazji 4-tych urodzin bloga, ale jak zwykle gdzieś mi te urodziny umknęły. Tzn. w tym roku akurat wydarzenia rodzinne zupełnie zdezorganizowały mi czas. No ale nic to, w naturze nic nie ginie i oto jest! Świeżutka strona Kawałka Cienia na fejsie! O, tutaj: klik. Zapraszam do polubienia :) Poza tym można mnie (nie bloga) obserwować na twitterze, a blog jest obecny także na bloglovin. Odnośniki do wszystkich tych miejsc można znaleźć z prawej strony. Życzę samej przyjemności z odwiedzania Kawałka Cienia w sieci :)
Urlop niestety dobiegł końca, a ja próbuję nadrobić zaległości blogowe i ogarnąć jakoś to co pojawiło się w Internecie podczas mojej nieobecności. Przyznam, że idzie mi to dosyć opornie. Nie mogę się też zabrać za moje własne (rzec by można, osobiste) zaległości w postaci przeczytanych i nieopisanych książek, ale mam nadzieję, że jakoś powoli się wygrzebię z tego lenistwa (chociaż o koncercie udało mi się napisać ;) ). Ale do rzeczy.

Dziewczęta z Szanghaju kupiłam kiedyś razem z Ulicą Tysiąca Kwiatów, bo egzotyka, bo Daleki Wschód, bo może być ciekawe i takie tam. W sumie nie było źle.



Żałuję, że nie mogę Wam tego pokazać. Niesamowite.

Po raz drugi w te wakacje wybraliśmy się z quazem na koncert w łódzkiej Atlas Arenie. Na ten pierwszy, Iron Maiden, chyba bardziej czekaliśmy, bo i zespół był nam lepiej znany (relacja z koncertu IM tutaj: klik). Na ten drugi, wczorajszy, bilety kupiliśmy chyba trochę pod wpływem impulsu (ale ów impuls musiał być dosyć wyraźny skoro w ogóle udało nam się je dostać). Nie żałuję.


Twitter

Instagram

Jesienne suszenie żołędzi :) #autumn #fall #acorn

Post udostępniony przez Dorota (@schizma9)

© Kawałek Cienia
designed by templatesZoo